Następnego dnia cała szkoła dowiedziała się o pobycie
Malfoya w skrzydle szpitalnym. Blaise chodził znużony, bo nie mógł odpowiedzieć
na żadne pytanie, jakie mu zadawano. Przyczyna był prosta: nie znał odpowiedzi.
Nie zaobserwował, by jego przyjaciel ostatnio dziwnie się zachowywał, a tym
bardziej, by był zdesperowany. Ginny także nic nie wiedziała. Hermiona
tłumaczyła wszystkim, że blondyn wyszedł ze swojego pokoju i powiedział coś
słabym głosem o jakiejś truciźnie, po czym zemdlał. W duchu Gryfonka modliła
się, by Draco nic nie wygadał, kiedy się wybudzi. Jeśli ich wersje nie będą
zgodne, wyda się tajemnica, którą odkryli w jej urodziny.
Hermiona chodziła jakaś zasępiona. Bardzo przejmowała się stanem zdrowia Malfoya. Miała do siebie pretensje, że nie dopilnowała go, kiedy się droczyli. A co by się stało, gdyby wziął inną fiolkę? Zapewne skończyłoby się to dużo tragiczniej. Poczytała w bibliotece o wszystkich tych substancjach i okazało się, że tojad mocny jest najmniej szkodliwy, chociaż wypity w zbyt dużych ilościach prowadzi do zgonu. Nie darowałaby sobie, gdyby Draconowi stało się coś poważniejszego.
Rano poszła do Skrzydła Szpitalnego. Po wielkich bojach z panią Pomfrey, kobieta w końcu ją wpuściła. W Sali był jedynie Draco. Hermiona usiadła przy jego łóżku i złapała go za rękę. Poczuła chyba lekkie drganie palców, ale wmówiła sobie, że jej się przywidziało. Zapytała pielęgniarkę o stan jego zdrowia. Pomfrey odpowiedziała, że stan jest stabilny, bo wyrzucił z siebie całą truciznę, jednak toksyny dostały się do organizmu. A jeśli nic się nie poprawi, Draco trafi do Świętego Munga. Łzy pojawiły się w oczach brunetki. To ona obwiniała się za całą tę sytuację i chyba na zawsze pozostaną jej wyrzuty sumienia.
Wróciła na śniadanie, którego nie tknęła. W ogóle mało się odzywała, ale jej przyjaciele tłumaczyli ciszę zdarzeniami poprzedniego wieczoru.
- Hermi, może jednak coś zjesz?- Spytała z troską Ginny.
- Nie, nie jestem głodna. – Powiedziała Hermiona i na jej usta wstąpił wymuszony uśmiech.
- Miona, to nie twoje wina. – Stwierdził łagodnie Ron, chwytając przyjaciółkę za rękę. – Nie mogłaś nic zrobić.
- Wiem.
Harry, Ron i Hermiona udali się na Numerologię, po drodze zabierając ze sobą zapłakaną Pansy. Ginny i Blaise poszli na Starożytne Runy, omawiając cicho całą sytuację.
- Nie wiem, co się stało. Nic mi nie mówił. Nie zachowywał się ostatnio jakoś inaczej. – Tłumaczył zdruzgotany Blaise.
- Spokojnie, przecież nikt cię nie obwinia. – W całej tej sprawie jedynie Ginny zachowała zimną krew.
- Ale ja do cholery jestem jego najlepszym kumplem! Mieszkam z nim w jednym pokoju! Mogłem coś zauważyć! – Załamał się brunet.
- I myślisz, że coś by to dało? Nie od dzisiaj wiadomo, że Malfoy jest uparty jak osioł. – Sarknęła Ginny, kończąc tym samym temat.
Na Starożytnych Runach żadne z nich nie mogło się skupić. Profesorka kilka razy zbeształa ich za złe przetłumaczenie tekstu z XIV wieku o wojnach goblinów i czarodziei. Ostatecznie każde z nich dostało minusowe punkty za brak zainteresowania lekcją.
Hermiona chodziła jakaś zasępiona. Bardzo przejmowała się stanem zdrowia Malfoya. Miała do siebie pretensje, że nie dopilnowała go, kiedy się droczyli. A co by się stało, gdyby wziął inną fiolkę? Zapewne skończyłoby się to dużo tragiczniej. Poczytała w bibliotece o wszystkich tych substancjach i okazało się, że tojad mocny jest najmniej szkodliwy, chociaż wypity w zbyt dużych ilościach prowadzi do zgonu. Nie darowałaby sobie, gdyby Draconowi stało się coś poważniejszego.
Rano poszła do Skrzydła Szpitalnego. Po wielkich bojach z panią Pomfrey, kobieta w końcu ją wpuściła. W Sali był jedynie Draco. Hermiona usiadła przy jego łóżku i złapała go za rękę. Poczuła chyba lekkie drganie palców, ale wmówiła sobie, że jej się przywidziało. Zapytała pielęgniarkę o stan jego zdrowia. Pomfrey odpowiedziała, że stan jest stabilny, bo wyrzucił z siebie całą truciznę, jednak toksyny dostały się do organizmu. A jeśli nic się nie poprawi, Draco trafi do Świętego Munga. Łzy pojawiły się w oczach brunetki. To ona obwiniała się za całą tę sytuację i chyba na zawsze pozostaną jej wyrzuty sumienia.
Wróciła na śniadanie, którego nie tknęła. W ogóle mało się odzywała, ale jej przyjaciele tłumaczyli ciszę zdarzeniami poprzedniego wieczoru.
- Hermi, może jednak coś zjesz?- Spytała z troską Ginny.
- Nie, nie jestem głodna. – Powiedziała Hermiona i na jej usta wstąpił wymuszony uśmiech.
- Miona, to nie twoje wina. – Stwierdził łagodnie Ron, chwytając przyjaciółkę za rękę. – Nie mogłaś nic zrobić.
- Wiem.
Harry, Ron i Hermiona udali się na Numerologię, po drodze zabierając ze sobą zapłakaną Pansy. Ginny i Blaise poszli na Starożytne Runy, omawiając cicho całą sytuację.
- Nie wiem, co się stało. Nic mi nie mówił. Nie zachowywał się ostatnio jakoś inaczej. – Tłumaczył zdruzgotany Blaise.
- Spokojnie, przecież nikt cię nie obwinia. – W całej tej sprawie jedynie Ginny zachowała zimną krew.
- Ale ja do cholery jestem jego najlepszym kumplem! Mieszkam z nim w jednym pokoju! Mogłem coś zauważyć! – Załamał się brunet.
- I myślisz, że coś by to dało? Nie od dzisiaj wiadomo, że Malfoy jest uparty jak osioł. – Sarknęła Ginny, kończąc tym samym temat.
Na Starożytnych Runach żadne z nich nie mogło się skupić. Profesorka kilka razy zbeształa ich za złe przetłumaczenie tekstu z XIV wieku o wojnach goblinów i czarodziei. Ostatecznie każde z nich dostało minusowe punkty za brak zainteresowania lekcją.
***
Dzień
upłynął szybko, bez większych kłopotów. Hermiona czuła się osaczona ze
wszystkich stron. Współczuła Harry’emu, który znosił to przez 6 lat. Dziewczyna
wciąż zamartwiała się sytuacją blondyna. Na lekcjach siedziała cicho i nie
udzielała się prawie w ogóle. Obiadu także nie tknęła, jak wcześniej śniadania.
Ale w końcu musiała zacząć normalnie funkcjonować. Po zajęciach przysiadła do
masy wypracowań, które zajęły jej większą część popołudnia. Do tunelu nie
odważyła się wejść sama. Zastanawiała się, czy jest w ogóle sens tam wracać,
jeśli czekają na nich takie zagadki. Oczywiście Ginny bardzo wspierała Hermionę
w trudnym momencie, tym samym zastanawiając się, dlaczego Gryfonka przejmuje
się aż tak swoim „wrogiem”.
Wieczorem przyszła do nich Pansy, z butelką ognistej w ręce. Dziewczyny urządziły sobie babski wieczór, który na każdą z nich dobrze wpłynął, bowiem mogły się rozluźnić.
Wieczorem przyszła do nich Pansy, z butelką ognistej w ręce. Dziewczyny urządziły sobie babski wieczór, który na każdą z nich dobrze wpłynął, bowiem mogły się rozluźnić.
***
Draco
został w Skrzydle Szpitalnym jeszcze 3 dni. W tym czasie ocknął się tylko raz,
dosłownie na chwilę. Zwymiotował i ponownie stracił przytomność. Dyrekcja
podjęła decyzję o przeniesieniu chłopaka do Świętego Munga. Hermiona czuła się
coraz gorzej. W szkole mogła go chociaż odwiedzać, a tam? Tam miała wstęp
jedynie rodzina chłopaka. Obwiniała się o to, że nie była bardziej asertywna i
pozwoliła wypić blondynowi truciznę.
Jakiś czas później profesor McGonagall poinformowała najbliższych Dracona, że pozwolono im na wizytę. Ona, Blaise, Pansy, Teodor, Ginny i Harry w sobotę o godzinie dziesiątej trzydzieści stawili się w gabinecie McGonagall. Korzystając z sieci Fiuu, znaleźli się w małym, przytulnym holu. Ściany nie były sterylnie białe, tak jak w mugolskich szpitalach lecz miały ciepłe, brzoskwiniowe kolory. W powietrzu czuć było lawendę i różę.
Blaise podszedł do recepcji i zapytał, gdzie znajdą Dracona Malfoya. Uprzejma pani powiedziała, że chłopak leży na III piętrze. Brunet podziękował i wskazał przyjaciołom windę. Udali się w wyznaczone miejsce i spotkali na korytarzu przed salą Narcyzę Malfoy, która miała opuchnięte oczy i była bardzo zmęczona. Zabini szybkim krokiem podszedł do kobiety i ją przytulił. Zawsze traktował ciocię Cyzię jak własną mamę.
- Jak on się czuje? – Zapytał przejęty Ślizgon.
- Już lepiej. Rano się wybudził ze śpiączki, a teraz śpi. Za niedługo przyjdzie tu Lucjusz, żeby mnie zmienić.
- Może pani iść do domu. – Odparła Pansy, w której oczach zagościły łzy ulgi. – My przy nim posiedzimy.
-Dobrze. Lecz nie siedźcie długo, macie szkołę.
-Szkoła w tym momencie jest najmniej ważna. – wyrwało się Hermionie. Matka Dracona najpierw spojrzała na dziewczynę ze zdziwieniem, lecz po chwili posłała jej smutny uśmiech. Pożegnała się i zniknęła w windzie.
Weszli do niewielkiej Sali, o podobnym odcieniu koloru ścian, jak w holu. W pomieszczeniu znajdowało się 6 łóżek, 3 zajmowali pacjenci. Draco leżał najbliżej okna. Wyglądał trochę zdrowiej, kości policzkowe były mniej zapadnięte, ale i tak bardzo schudł. Kiedy spał, wyglądał tak… spokojnie.
Pansy usiadła przy łóżku i złapała chłopaka za rękę, jednocześnie wybuchając płaczem. Znalazł się przy niej Harry, który objął ją ramieniem i próbował trochę uspokoić. Blaise miał nieszczęśliwą minę, jednak starał się tego nie okazywać, podobnie jak Teodor. Ginny wyglądała na mocno zaniepokojoną, a Hermiona… Hermiona patrzyła na niego bez emocji.
Gryfonka dziwnie się czuła, bowiem, z nie wiadomo jakich przyczyn, opuściło ją poczucie winy. Patrząc na ten lekki uśmiech i spokojny wyraz twarzy wreszcie poczuła się odprężona. Była pewna, że Draco wyjdzie z choroby, więc bez sensu to całe zamartwianie. Ślizgon wypił ten płyn na własną odpowiedzialność, zdając sobie sprawę z konsekwencji i ona nijak mogła zaradzić. Dlatego też w tej chwili na jej usta wstąpił piękny uśmiech.
- Nie płacz, Pansy. – Powiedziała Hermiona cicho, by nie obudzić chorego. – Widzisz ten uśmiech u niego? To znaczy, że jest w porządku.
- Dzięki, Hermiono. – Powiedziała wdzięczna Pansy. Jednak wciąż łzy płynęły jej z oczu.
- Jak myślicie, o czym śni? – Zapytała Ginny.
- Pewnie o naszej Hermionce. – Rzucił Blaise, czym wywołał cichy chichot.
Pogadali tak jeszcze trochę i w końcu zaczęli opuszczać salę. Wychodzili w całkiem niezłych humorach. Hermiona wychodziła z Sali, jako ostatnia. Stojąc w drzwiach, usłyszała szept.
- Dzięki, Granger.
Brunetka odwróciła się zdziwiona i zilustrowała, że Malfoy pospiesznie zamyka oczy. Co znaczyło, że przez całą ich wizytę nie spał, a jedynie udawał. Pokiwała ze zrezygnowaniem głową i uśmiechnięta podeszła do przyjaciół.
Na korytarz właśnie wchodził Lucjusz Malfoy. Ubrany był w czarne dżinsowe spodnie, białą koszulę i marynarkę. Mężczyzna postanowił ściąć długie włosy i wyglądał teraz dużo bardziej męsko. Podszedł do grupki przyjaciół i wszystkim skinął głową.
- Słyszałem, że to ty uratowałaś mojego syna. – Zwrócił się do Hermiony. Dziewczyna rozpoznała te same stalowoszare tęczówki z niebieskimi refleksami, co u jego syna.
- To nic wielkiego. – Bąknęła nieśmiało brunetka.
- Dla mnie i mojej żony życie naszego syna jest najważniejsze. I szczerze doceniamy twój gest. – Malfoy senior ukłonił się Hermionie, po czym wyminął grupkę uczniów i poszedł do syna, słyszącego każde słowo.
Z racji tego, że byli w Londynie, postanowili udać się do jakiegoś baru, by coś przekąsić. Wybrali małą, niedaleko szpitala. Usiedli przy okrągłym, dużym stole i zamówili pizzę. W międzyczasie omawiali całą wizytę. Hermiona była nieobecna w dyskusji, aczkolwiek była chyba najszczęśliwsza. No i zjadła najwięcej spośród wszystkich, co było nie lada wyczynem przy apetycie Blaise’a.
- Widzimy, że masz apetyt. – Zagaił Teodor.
- Chyba na miłość. – Dopowiedział Blaise. Wszyscy wybuchli śmiechem.
- Ja tam uważam, że – zaczął Harry, ale nagle zdał sobie z czegoś sprawę i zarumienił się. – A.. nieważne. – Uśmiechnął się.
- No weź! – Krzyknęła Ginny. – Jak zacząłeś, to teraz dokończ!
- No dobra dobra! – Zawołał Harry. – Ja tam uważam, że czas już wracać, bo McGonagall powlepia nam szlabany! – Powiedział szybko. Spotkał się oczywiście z krzykami oburzenia, ale ostatecznie wszyscy posłusznie wstali, bowiem bliznowaty miał rację.
Jakiś czas później profesor McGonagall poinformowała najbliższych Dracona, że pozwolono im na wizytę. Ona, Blaise, Pansy, Teodor, Ginny i Harry w sobotę o godzinie dziesiątej trzydzieści stawili się w gabinecie McGonagall. Korzystając z sieci Fiuu, znaleźli się w małym, przytulnym holu. Ściany nie były sterylnie białe, tak jak w mugolskich szpitalach lecz miały ciepłe, brzoskwiniowe kolory. W powietrzu czuć było lawendę i różę.
Blaise podszedł do recepcji i zapytał, gdzie znajdą Dracona Malfoya. Uprzejma pani powiedziała, że chłopak leży na III piętrze. Brunet podziękował i wskazał przyjaciołom windę. Udali się w wyznaczone miejsce i spotkali na korytarzu przed salą Narcyzę Malfoy, która miała opuchnięte oczy i była bardzo zmęczona. Zabini szybkim krokiem podszedł do kobiety i ją przytulił. Zawsze traktował ciocię Cyzię jak własną mamę.
- Jak on się czuje? – Zapytał przejęty Ślizgon.
- Już lepiej. Rano się wybudził ze śpiączki, a teraz śpi. Za niedługo przyjdzie tu Lucjusz, żeby mnie zmienić.
- Może pani iść do domu. – Odparła Pansy, w której oczach zagościły łzy ulgi. – My przy nim posiedzimy.
-Dobrze. Lecz nie siedźcie długo, macie szkołę.
-Szkoła w tym momencie jest najmniej ważna. – wyrwało się Hermionie. Matka Dracona najpierw spojrzała na dziewczynę ze zdziwieniem, lecz po chwili posłała jej smutny uśmiech. Pożegnała się i zniknęła w windzie.
Weszli do niewielkiej Sali, o podobnym odcieniu koloru ścian, jak w holu. W pomieszczeniu znajdowało się 6 łóżek, 3 zajmowali pacjenci. Draco leżał najbliżej okna. Wyglądał trochę zdrowiej, kości policzkowe były mniej zapadnięte, ale i tak bardzo schudł. Kiedy spał, wyglądał tak… spokojnie.
Pansy usiadła przy łóżku i złapała chłopaka za rękę, jednocześnie wybuchając płaczem. Znalazł się przy niej Harry, który objął ją ramieniem i próbował trochę uspokoić. Blaise miał nieszczęśliwą minę, jednak starał się tego nie okazywać, podobnie jak Teodor. Ginny wyglądała na mocno zaniepokojoną, a Hermiona… Hermiona patrzyła na niego bez emocji.
Gryfonka dziwnie się czuła, bowiem, z nie wiadomo jakich przyczyn, opuściło ją poczucie winy. Patrząc na ten lekki uśmiech i spokojny wyraz twarzy wreszcie poczuła się odprężona. Była pewna, że Draco wyjdzie z choroby, więc bez sensu to całe zamartwianie. Ślizgon wypił ten płyn na własną odpowiedzialność, zdając sobie sprawę z konsekwencji i ona nijak mogła zaradzić. Dlatego też w tej chwili na jej usta wstąpił piękny uśmiech.
- Nie płacz, Pansy. – Powiedziała Hermiona cicho, by nie obudzić chorego. – Widzisz ten uśmiech u niego? To znaczy, że jest w porządku.
- Dzięki, Hermiono. – Powiedziała wdzięczna Pansy. Jednak wciąż łzy płynęły jej z oczu.
- Jak myślicie, o czym śni? – Zapytała Ginny.
- Pewnie o naszej Hermionce. – Rzucił Blaise, czym wywołał cichy chichot.
Pogadali tak jeszcze trochę i w końcu zaczęli opuszczać salę. Wychodzili w całkiem niezłych humorach. Hermiona wychodziła z Sali, jako ostatnia. Stojąc w drzwiach, usłyszała szept.
- Dzięki, Granger.
Brunetka odwróciła się zdziwiona i zilustrowała, że Malfoy pospiesznie zamyka oczy. Co znaczyło, że przez całą ich wizytę nie spał, a jedynie udawał. Pokiwała ze zrezygnowaniem głową i uśmiechnięta podeszła do przyjaciół.
Na korytarz właśnie wchodził Lucjusz Malfoy. Ubrany był w czarne dżinsowe spodnie, białą koszulę i marynarkę. Mężczyzna postanowił ściąć długie włosy i wyglądał teraz dużo bardziej męsko. Podszedł do grupki przyjaciół i wszystkim skinął głową.
- Słyszałem, że to ty uratowałaś mojego syna. – Zwrócił się do Hermiony. Dziewczyna rozpoznała te same stalowoszare tęczówki z niebieskimi refleksami, co u jego syna.
- To nic wielkiego. – Bąknęła nieśmiało brunetka.
- Dla mnie i mojej żony życie naszego syna jest najważniejsze. I szczerze doceniamy twój gest. – Malfoy senior ukłonił się Hermionie, po czym wyminął grupkę uczniów i poszedł do syna, słyszącego każde słowo.
Z racji tego, że byli w Londynie, postanowili udać się do jakiegoś baru, by coś przekąsić. Wybrali małą, niedaleko szpitala. Usiedli przy okrągłym, dużym stole i zamówili pizzę. W międzyczasie omawiali całą wizytę. Hermiona była nieobecna w dyskusji, aczkolwiek była chyba najszczęśliwsza. No i zjadła najwięcej spośród wszystkich, co było nie lada wyczynem przy apetycie Blaise’a.
- Widzimy, że masz apetyt. – Zagaił Teodor.
- Chyba na miłość. – Dopowiedział Blaise. Wszyscy wybuchli śmiechem.
- Ja tam uważam, że – zaczął Harry, ale nagle zdał sobie z czegoś sprawę i zarumienił się. – A.. nieważne. – Uśmiechnął się.
- No weź! – Krzyknęła Ginny. – Jak zacząłeś, to teraz dokończ!
- No dobra dobra! – Zawołał Harry. – Ja tam uważam, że czas już wracać, bo McGonagall powlepia nam szlabany! – Powiedział szybko. Spotkał się oczywiście z krzykami oburzenia, ale ostatecznie wszyscy posłusznie wstali, bowiem bliznowaty miał rację.
***
W tym
czasie, kiedy 6 przyjaciół postanowiła odwiedzić Malfoya w szpitalu, Ron
zaprosił Astorię na spacer. Dziewczyna chętnie się zgodziła. Po ich wspólnych
szlabanach, na których trochę się poznali, zakwitło coś na wzór przyjaźni.
Spotykali się od czasu do czasu i sobie dowcipkowali. Astoria zdawała sobie
jednak sprawę z tego, że Gryfonowi zależy na czymś więcej. Sama odczuwała
przysłowiowe motylki w brzuchu, ale tym razem chciała mieć pewność.
Niejeden chłopak w tej szkole odczuwał do niej miętę, ale jedynie w sensie fizycznym. Zdawała sobie sprawę z tego, że świetnie wygląda i umiała to ładnie podkreślić. Ale musiała się upewnić, że uczucie Rona jest szczere.
Na dzisiejsze spotkanie dziewczyna ubrała się skromniej niż zwykle. Jednak i tym razem zobaczyła zachwyt w oczach rudzielca, kiedy spotkali się pod Wielką Salą. Przywitali się i Gryfon zaoferował jej swoje ramię. Teatralnie przytupnęła i przytrzymała się ramienia. Uczniowie zaśmiali się, po czym poszli na dwór, zagłębiając się w rozmowie. Chmury zapowiadały wieczorną ulewę. Nie pierwszy raz, tego miesiąca.
Ron zaprowadził Astorię nad jezioro i usiedli na pomoście, przyglądając się ogromnym mackom kałamarnicy pływającej na powierzchni wody.
- Opowiedz mi coś, czego nie wiem. – Poprosiła Astoria.
- Mam pięcioro starszych braci. Teraz już raczej czworo, Fred zginął na wojnie. – Na chwilkę jego oczy zaszły mgłą, jednak chwilę później się ożywił. – Nie znoszę peklowanej wołowiny i kasztanowego koloru. – Tym wyznaniem rozbawił blondwłosą Ślizgonkę. Sam też się uśmiechnął. – Strasznie boję się pająków, bo Fred w dzieciństwie zamienił mojego ukochanego pluszaka właśnie w pająka. Marzę o tym, żeby znaleźć się na kartach w czekoladowych żabach. – Zakończył, po raz kolejny powodując śmiech Astorii.
- A co z Granger? – Zapytała zaciekawiona.
- W pierwszej klasie się z niej nabijałem, bo mnie wkurzała, ale potem razem z Harry’m uratowaliśmy ją przez tym trollem w damskiej łazience i od tamtej pory się przyjaźnimy. Kłótniom i wyzwiskom nie było końca. Ale w końcu się do siebie przekonaliśmy, jest niesamowicie mądra. Poczułem coś do niej na 6 roku, myślałem, że to szczere uczucie. No i w maju w końcu ją pocałowałem. Byliśmy ze sobą jakiś czas, ale dziwnie się czuliśmy, tak nieswojo, więc zrezygnowaliśmy ze związku na rzecz przyjaźni.
- I nic między wami nie iskrzy?
- Nic, a nic. – Rudzielec uśmiechnął się. – Teraz ja chętnie posłucham o tobie.
- Och, o mnie nie ma nic ciekawego do powiedzenia. – Astoria spuściła głowę.
- Wszystko, co mówisz, jest ciekawe. – Wyznał Ron, jakby to było najoczywistszą rzeczą pod słońcem.
- Ehh, no dobra. Urodziłam się w rodzinie arystokratów, więc to oczywiste, że było u mnie sztywno. Mam dwa lata starszą siostrę. Dafne zawsze była faworyzowana, we wszystkim najlepsza, po prostu idealna. I nieraz usłyszałam, że mam być do niej podobna. Więc postanowiłam przemalować włosy na blond i starałam się być zawsze taka sama. W końcu spotkałam się z aprobatą rodziców i dali mi spokój. Ale przez to stałam się inną wersją siebie, do której nie umiem wrócić.
- Mi będziesz podobać się zawsze. – Stwierdził Ron i zarumienił się. Astoria ucałowała go w polik.
- Dziękuję, że jesteś dla mnie taki miły. Nie jestem uważana za super fajną w Slytherinie.
- Nie ma co ukrywać, że wy macie odrobinę… inne zasady.
- Inne? Ładnie to ująłeś. – Zaśmiała się blondynka.
Tego dnia jeszcze długo ze sobą rozmawiali. Były poważne tematy i zwyczajne błahostki, takie jak ulubiony kolor, czy upodobania na dany temat. Świetnie im się rozmawiało w swoim towarzystwie, mogli szczerze pogadać.
Pożegnali się podczas przerwy obiadowej, chociaż żadne z nich nie miało ochoty opuszczać swojego towarzystwa. Ron udał się do swojego stołu cały w skowronkach. Nie spotkał tam jednak przyjaciół. Zjadł obiad i udał się na 5 piętro z nadzieją, że jego znajomi już wrócili. Wypowiedział hasło i jego oczom ukazało się wnętrze pustego salonu. Postanowił wrócić do wieży Gryffindoru i tam w spokoju poczekać.
Niejeden chłopak w tej szkole odczuwał do niej miętę, ale jedynie w sensie fizycznym. Zdawała sobie sprawę z tego, że świetnie wygląda i umiała to ładnie podkreślić. Ale musiała się upewnić, że uczucie Rona jest szczere.
Na dzisiejsze spotkanie dziewczyna ubrała się skromniej niż zwykle. Jednak i tym razem zobaczyła zachwyt w oczach rudzielca, kiedy spotkali się pod Wielką Salą. Przywitali się i Gryfon zaoferował jej swoje ramię. Teatralnie przytupnęła i przytrzymała się ramienia. Uczniowie zaśmiali się, po czym poszli na dwór, zagłębiając się w rozmowie. Chmury zapowiadały wieczorną ulewę. Nie pierwszy raz, tego miesiąca.
Ron zaprowadził Astorię nad jezioro i usiedli na pomoście, przyglądając się ogromnym mackom kałamarnicy pływającej na powierzchni wody.
- Opowiedz mi coś, czego nie wiem. – Poprosiła Astoria.
- Mam pięcioro starszych braci. Teraz już raczej czworo, Fred zginął na wojnie. – Na chwilkę jego oczy zaszły mgłą, jednak chwilę później się ożywił. – Nie znoszę peklowanej wołowiny i kasztanowego koloru. – Tym wyznaniem rozbawił blondwłosą Ślizgonkę. Sam też się uśmiechnął. – Strasznie boję się pająków, bo Fred w dzieciństwie zamienił mojego ukochanego pluszaka właśnie w pająka. Marzę o tym, żeby znaleźć się na kartach w czekoladowych żabach. – Zakończył, po raz kolejny powodując śmiech Astorii.
- A co z Granger? – Zapytała zaciekawiona.
- W pierwszej klasie się z niej nabijałem, bo mnie wkurzała, ale potem razem z Harry’m uratowaliśmy ją przez tym trollem w damskiej łazience i od tamtej pory się przyjaźnimy. Kłótniom i wyzwiskom nie było końca. Ale w końcu się do siebie przekonaliśmy, jest niesamowicie mądra. Poczułem coś do niej na 6 roku, myślałem, że to szczere uczucie. No i w maju w końcu ją pocałowałem. Byliśmy ze sobą jakiś czas, ale dziwnie się czuliśmy, tak nieswojo, więc zrezygnowaliśmy ze związku na rzecz przyjaźni.
- I nic między wami nie iskrzy?
- Nic, a nic. – Rudzielec uśmiechnął się. – Teraz ja chętnie posłucham o tobie.
- Och, o mnie nie ma nic ciekawego do powiedzenia. – Astoria spuściła głowę.
- Wszystko, co mówisz, jest ciekawe. – Wyznał Ron, jakby to było najoczywistszą rzeczą pod słońcem.
- Ehh, no dobra. Urodziłam się w rodzinie arystokratów, więc to oczywiste, że było u mnie sztywno. Mam dwa lata starszą siostrę. Dafne zawsze była faworyzowana, we wszystkim najlepsza, po prostu idealna. I nieraz usłyszałam, że mam być do niej podobna. Więc postanowiłam przemalować włosy na blond i starałam się być zawsze taka sama. W końcu spotkałam się z aprobatą rodziców i dali mi spokój. Ale przez to stałam się inną wersją siebie, do której nie umiem wrócić.
- Mi będziesz podobać się zawsze. – Stwierdził Ron i zarumienił się. Astoria ucałowała go w polik.
- Dziękuję, że jesteś dla mnie taki miły. Nie jestem uważana za super fajną w Slytherinie.
- Nie ma co ukrywać, że wy macie odrobinę… inne zasady.
- Inne? Ładnie to ująłeś. – Zaśmiała się blondynka.
Tego dnia jeszcze długo ze sobą rozmawiali. Były poważne tematy i zwyczajne błahostki, takie jak ulubiony kolor, czy upodobania na dany temat. Świetnie im się rozmawiało w swoim towarzystwie, mogli szczerze pogadać.
Pożegnali się podczas przerwy obiadowej, chociaż żadne z nich nie miało ochoty opuszczać swojego towarzystwa. Ron udał się do swojego stołu cały w skowronkach. Nie spotkał tam jednak przyjaciół. Zjadł obiad i udał się na 5 piętro z nadzieją, że jego znajomi już wrócili. Wypowiedział hasło i jego oczom ukazało się wnętrze pustego salonu. Postanowił wrócić do wieży Gryffindoru i tam w spokoju poczekać.
***
Pansy,
Blaise, Teodor, Harry, Ginny i Hermiona wrócili do zamku po południu. Zdali
dyrektorce relację ze spotkania i każdy poszedł w swoją stronę. Hermiona
postanowiła iść na samotny spacer po błoniach. Musiała trochę pomyśleć o całym
swoim życiu.
Gryfonka zastanawiała się, co chce robić w przyszłości. Jako, że uwielbia rozmawiać z ludźmi i jest raczej asertywna, myślała o pracy magomedyka lub prawnika. Wybór był bardzo ciężki, bowiem we wszystkich przedmiotach całkiem nieźle sobie radziła. Myślała też o jakichś studiach, jednak najpierw musiała wybrać kierunek. Co było ciężkie.
Zastanawiała się też nad obecną sytuacją. Nauka szła jej świetnie, jak zawsze. Jednak czuła, że ten rok jest inny, niż wszystkie. Działo się tak zapewne za sprawą pewnego blondwłosego Ślizgona, który mieszkał z nią w dormitorium na 5 piętrze. Ich relacja wyglądała… dziwnie. Najpierw sobie dogryzają, potem jest tymczasowy rozejm, ona go całuje, potem on chce całować ją. No i znów wyzwiska. Ile tak można pociągnąć? Odpowiedź była jej nieznana. Ale miała nadzieję, że po ostatnim wypadku ich sytuacja się ustabilizuje.
Gryfonka zastanawiała się, co chce robić w przyszłości. Jako, że uwielbia rozmawiać z ludźmi i jest raczej asertywna, myślała o pracy magomedyka lub prawnika. Wybór był bardzo ciężki, bowiem we wszystkich przedmiotach całkiem nieźle sobie radziła. Myślała też o jakichś studiach, jednak najpierw musiała wybrać kierunek. Co było ciężkie.
Zastanawiała się też nad obecną sytuacją. Nauka szła jej świetnie, jak zawsze. Jednak czuła, że ten rok jest inny, niż wszystkie. Działo się tak zapewne za sprawą pewnego blondwłosego Ślizgona, który mieszkał z nią w dormitorium na 5 piętrze. Ich relacja wyglądała… dziwnie. Najpierw sobie dogryzają, potem jest tymczasowy rozejm, ona go całuje, potem on chce całować ją. No i znów wyzwiska. Ile tak można pociągnąć? Odpowiedź była jej nieznana. Ale miała nadzieję, że po ostatnim wypadku ich sytuacja się ustabilizuje.
***
Hej Wizzy! Strasznie przepraszamy za długą nieobecność, ale sami rozumiecie. Święta, nowy rok, czas spotkań z rodziną i bliskimi. Z tejże okazji chciałybyśmy serdecznie życzyć wam wszystkiego dobrego w tym roku. Oby był lepszy i sprzyjał waż na każdym kroku ;) A w ramach przeprosin wrzucamy 2 rozdziały jednego dnia, pozdrawiamy :*
Niklaus & Azazel
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz