Strony

niedziela, 29 stycznia 2017

Rozdział 20.



Listopad przyniósł za sobą lodowate deszcze i nocne przymrozki. Pogoda sprzyjała nauczycielom, którzy na każdym kroku wyżywali się na swoich uczniach, zadając im kolosalne ilości prac domowych, przez co dla takich siódmoklasistów biblioteka stała się drugim domem. A już szczególnie dla Hermiony Granger, która praktycznie się stamtąd nie ruszała w czasie wolnym.
                Gryfonka starała się wykonywać swoją pracę najlepiej, jak umiała. Godziła to z obowiązkami prefekta, patrolami trzy razy w tygodniu i rozwiązywaniem zagadki w dormitorium prefektów naczelnych na 5 piętrze. Była strasznie zmęczona i niedowierzała, że to dopiero listopad.
                Tymczasem była godzina 21:30, a ona dopiero co opuszczała bibliotekę. Była zmęczona i śpiąca, a czekał ją patrol z Malfoyem. Wychodząc z pomieszczenia, zauważyła Teodora Notta, samotnie idącego do pustej Sali, której za sobą nie zamknął. Zaciekawiona, zajrzała za nim.
- Nott? Co tu robisz? – Spytała zdziwiona, przyglądając się samotnie siedzącemu na ławce chłopakowi.
- A co, Granger, nie mogę? – Zakpił Ślizgon.
- Nic takiego nie powiedziałam. – Warknęła brunetka i już chciała sobie pójść, kiedy usłyszała jego głos.
- Miałaś kiedyś tak, że ktoś sprzątnął ci miłość sprzed nosa? I ciągle go kochałaś, bo wierzyłaś, że on czuje do ciebie to samo, a jednak byłaś w błędzie? – Frustracja w jego głosie była wręcz namacalna. Dziewczyna przysiadła się do niego na ławce.
- O co chodzi, Teodor?
- Wow, robimy postępy. Mówisz mi po imieniu?
- Nie bądź dzieckiem. – Zganiła go. – Powiesz?
- Chodzi o tego pieprzonego Longbottoma. I Lunę. – Wyjaśnił cicho i opuścił głowę.
- No tak, to wiele wyjaśnia. – Sarknęła Hermiona. Ona też zauważyła, że między dwójką jej przyjaciół nie układa się najlepiej.
                Teodor odważył się opowiedzieć jej całą prawdę. O czasach przed wojną i o samej wojnie. O próbie samobójczej i rozmowach z blondwłosą Krukonką. A także o swojej nienawiści do Neville’a. Mówił chaotycznie i bez sensu, ale Gryfonka go zrozumiała. Rozterki miłosne były w pewnym sensie jej specjalnością.
- A co myślisz o tym, żeby sprawdzić uczucia Luny wobec Ciebie?  Gdybyś na przykład zaczął chodzić z inną dziewczyną?  Może wtedy Luna zdecydowałaby się co do swoich uczuć?
-To może być dobry pomysł. Bolesny, ale dobry. Tyle że ja kocham tylko Lunę . Żadna inna się nie liczy.
- Przecież nie musisz tak naprawdę z żadną chodzić. Możesz jej wyjaśnić o co chodzi, a ona ci pomoże. – Wytłumaczyła Gryfonka.
- Granger… ja nie wiem, czy dam radę. – Wyznał Teodor.
- To wszystko zależy od ciebie. Nie możesz zmusić Luny do uczucia, ale możesz jej pokazać, że to uczucie naprawdę istnieje. – Odparła Gryfonka.
- Dzięki. Naprawdę, to wiele dla mnie znaczy. – Powiedział Ślizgon.
- Nie ma problemu. – Uśmiechnęła się brunetka.
- A tak właściwie to… co jest między tobą i Malfoyem? I nie zaprzeczaj, – powiedział, widząc, że dziewczyna już otwiera usta. – że nic się nie dzieje.
- Zawarliśmy jakiś tam rozejm, żeby łatwiej się nam mieszkało. I tyle. – Wyznała.
- A ten pocałunek?
- Skąd wiesz?! – Warknęła. – Malfoy, ty debilu!
- Nie złość się. Ty przecież też powiedziałaś swojej przyjaciółce.
- To nic nie znaczyło. Chciałam się od niego uwolnić, bo mnie torturował. – Broniła swego Hermiona.
- Torturował? – Zaśmiał się Teodor. – Łaskotkami?
- Właśnie tak! No i nie było innego rozwiązania… - Powiedziała już ciszej.
- Granger, nawet idiota wymyśliłby inne rozwiązanie. Po prostu tego chciałaś.
- Zamknij się, Nott, bo źle się to dla ciebie skończy. – Warknęła zarumieniona.
- Uwierz, opowiadał o tobie z takim przejęciem, że chyba mu się podobało. – Wyznał Teodor i wyszczerzył się. Hermiona uśmiechnęła się satysfakcjonująco.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę. – Zaśmiali się oboje na to stwierdzenie.
                W ciemnej Sali zapanowała cisza. Gryfonka i Ślizgon siedzieli obok siebie, nie przejmując się niczym. Wpatrywali się w siebie z uporem, myśląc, co będzie dalej. W jednej chwili Teodor nachylił się i pocałował delikatnie Hermionę. Zaskoczona, oddała powoli pocałunek, wpijając się w miękkie wargi. Wiedzieli, że nie robią dobrze. I coś musiało się wydarzyć. W głuchej ciszy usłyszeli czyjeś kroki. Oderwali się od siebie i zobaczyli strzępek blond włosów, znikających za ścianą. Luna.
***
Następnego dnia rano Hermiona myślała dużo o pocałunku. Nie wiedziała, czy był to dobry pomysł. Bo w końcu Luna to jej przyjaciółka. Teodor także nie czuł się z tym najlepiej. Wczoraj wieczorem odprowadził ją pod obraz Trzech Kobiet, powiedział "Dobranoc " i odszedł. Nie czuła się z tego powodu ani dobrze, ani źle.
                Idąc na śniadanie razem z Ginny, słyszała na każdym kroku szepty i wytykanie palcem. Zdziwiona, popatrzyła na przyjaciółkę, która także nic z tego nie rozumiała. Hermiona nie odważyła się przyznać przyjaciółce do spotkania ze Ślizgonem. A teraz obawiała się, że szepty dotyczą właśnie owej schadzki. I szybko zdążyła się o tym przekonać. Siedząc już przy stole Gryfonów usłyszała, jak jakieś dwie piątoklasistki rozmawiały o niej i Teodorze. Ginny też to usłyszała i wcale nie była zadowolona.
- Hermiona? Co mają znaczyć te całe plotki ? – Spytała zdenerwowana.
-No bo wiesz Ginny. Ja... Pomagam Teodorowi.  Jako przyjaciółka oczywiście. Później ci wszystko wyjaśnię.
                Hermiona ledwo co mogła przełknąć śniadanie. Cały czas słyszała szepty na jej temat. W końcu nie wytrzymała i unosząc wysoko brodę, wyszła z Wielkiej Sali. Nie uszła daleko, gdy dogonił ją Teodor.
- Granger, słyszałaś? – Spytał. Jego poważna mina nie wskazywała niczego dobrego.
- Taa… Zostaliśmy parą roku. – Sarknęła Gryfonka. Sytuacja była tak absurdalna, że aż śmieszna.
- I co teraz? Jak pokazać całemu zamkowi, że nie jesteśmy razem?
- A to możliwe?
- Hermiono, ja… ja przepraszam za ten pocałunek. Nie powinienem. – Wyznał ze skruchą Ślizgon.
- Nie masz za co przepraszać. Stało się. – Uśmiechnęła się pocieszająco.
- Nie mam pojęcia, jak to odkręcić… - Powiedział Teodor. Zobaczył błysk w oczach koleżanki. – Masz jakiś plan, prawda?
- Chciałeś znaleźć jakąś dziewczynę, żeby Luna była zazdrosna… - Powiedziała z namysłem Hermiona.
- Nie, nie mogę.
-Owszem, możesz. I tak zrobimy.
- Ale ja nie chce jej zranić.
- Nie poznasz prawdy, nie zaznając bólu. A ty chcesz się dowiedzieć czy ona coś do ciebie czuje, prawda?
- Prawda. Okey. Zróbmy to. Ale chce żebyś wiedziała.... Traktuję cię tylko jak koleżankę, co najwyżej przyjaciółkę.
- Spokojnie, ja też nie czuję do ciebie niczego więcej.
- A więc przyjaźń?
- Przyjaźń.
                Przez cały dzień uczniowie nie gadali o niczym innym. Na jednej z przerw Hermiona spotkała się z Teodorem, by pogadać. Oboje doszli do wniosku, że ten pomysł był fatalny. Aczkolwiek skuteczny. Luna już po pierwszej lekcji chciała złapać Ślizgona, jednak nie mógł z nią pogadać, bowiem spieszył się na Obronę Przed Czarną Magią. Obiecał jej spotkać się po zajęciach. Teraz jednak Ślizgon analizował „ze swoją dziewczyną” całą tą sytuację.
- Mówiłam ci, że to podziała. – Zaśmiała się Hermiona.
- Ale każdy przez to cierpi. A już ty szczególnie. Widzę przecież, że ruda Weasley się do ciebie nie odzywa.
- Wyjaśnię jej wszystko potem, na spokojnie. – Powiedziała brunetka.
- Hermiono… Nie mam pojęcia, jak ci dziękować.
- Ładny uśmiech wystarczy, uwierz. – W tym momencie Teodor obdarzył Hermionę tak pięknym uśmiechem, że zapewne połowa hogwarckich dziewczyn zabiłaby się o niego.
***
                Tymczasem Draco siedział pokoju wspólnym prefektów naczelnych, popijając ognistą whisky i rozmyślając nad tym, co dzisiaj usłyszał na temat jego najlepszego kumpla i tej mugolaczki Granger. W sumie jego stosunek w tej sprawie był obojętny. To był ich wybór. Nie zareagował jakoś konkretnie.
                W tej chwili do pokoju weszła wyżej wymieniona dwójka. Zaśmiewali się z czegoś w najlepsze. Na widok Malfoya Teodor przystanął i lekko pobladł.
- Cześć Smoku. – Odezwał się niepewnie Ślizgon.
- No cześć. – Powiedział oschle.
- Jak tam?
- Jak zawsze. – Draco sam nie wiedział, dlaczego zachowywał się tak niemiło wobec kumpla. Przecież ten niczym mu nie zawinił. I ten ich głupi związek w ogóle Dracona nie obchodził.
                Gryfonka pociągnęła chłopaka za rękę i zaprowadziła do swojego pokoju, gdzie była Ginny. Razem wyjaśnili rudowłosej całą sytuację. Nie była zachwycona, bowiem było to czyste kłamstwo, aczkolwiek nie robiła żadnych awantur. Po pewnym czasie wyszła, zostawiając „zakochanych” samych.
                Teodor, który siedział na łóżku Hermiony, wziął do ręki różdżkę i zaczął nią wywijać we wszystkie strony, jednak zdawał się wiedzieć, co robi. Po chwili pojawił się przed nim mały bukiet kwiatów, który podarował przyjaciółce.
- To dla ciebie. – Wręczając kwiaty, uśmiechnął się słodko, pokazując dołeczki.
- Dzięki. Ale przecież to zbędne. Nie jesteśmy razem.
- I to znaczy, że nie mogę ci podarować kilku kwiatków?
                Siedzieli blisko siebie. Potencjalny obserwator stwierdziłby, że są w sobie zakochani. I tak też mógł stwierdzić Draco, który nagle otworzył drzwi do pokoju. Gryfonka i Ślizgon odskoczyli od siebie momentalnie. Malfoy popatrzył na nich z zazdrością (?) i wyszedł bez słowa.
- Chyba… chyba powinienem już iść. – Wydukał Teodor.
- Jasne. – Powiedziała zszokowana Hermiona. 
                Chłopak wyszedł z pokoju i postanowił czym prędzej poszukać Luny. W PW nie natknął się na Malfoya, z czego bardzo się cieszył. Postanowił poszukać na siódmym piętrze, koło wieży Krukonów. Szybko ją znalazł. Zaproponował spacer i w ciszy ruszyli przed siebie.
- Więc… wcześniej chciałaś ze mną pogadać? Wybacz, spieszyłem się na lekcję. Loyd uwielbia rozdawać szlabany za spóźnienie. – Zaczął Teodor.
- Taak, ostatnio o mało co nie wlepił mi szlabanu, bo powiedziałam do niego „proszę pana”, a nie „panie profesorze”. A wydawał się taki miły z pozoru. – Odparła Luna, lekko rozmarzonym głosem.
- Ma trochę haczykowaty nos i ogromne gały. – Teodor próbował naśladować wzrok nauczyciela, rozbawiając tym dziewczynę. – Luna, czemu nie możemy pogadać, jak dawniej? Jak przyjaciele?
- Bo to nie jest już to samo. – Powiedziała zasmucona dziewczyna.
- Ja się nie zmieniłem. Ty się nie zmieniłaś. Więc nie rozumiem, w czym problem.
- Teo, nie rozumiesz, że ja czuję się nieswojo po twoim wyznaniu? Po prostu… jest inaczej.
- Czyli zepsułem wszystko mówiąc ci o swoich uczuciach?
- Nie, nie zepsułeś. Teraz… teraz patrzę na to z innej strony i nie umiem znaleźć mojego starego Teodora.
- Jestem obok ciebie przez cały ten czas. Luna, to, że coś do ciebie czuję, nie znaczy, że karzę ci czuć to samo.
- Ale wiem, że cię zawiodłam.
- Owszem, było mi przykro, ale nigdy nie powiem, że mnie zawiodłaś. Jeśli już, to ja zawiodłem.
- Nie. Odważyłeś się powiedzieć prawdę i a bardzo to doceniam.
- Luna… widzę, że coś ukrywasz. – Powiedział w końcu Teodor, który obserwował przyjaciółkę od początku.
- Ja… ja pokłóciłam się z Neville’m. – Wyznała blondynka, a w jej oczach zaiskrzyły łzy.
- To przeze mnie? Bo jeśli tak, to nie musimy się spotykać. Chcę jedynie twojego szczęścia.
                Stała się rzecz niespodziewanie niespodziewana. Luna wspięła się na palce i delikatnie musnęła usta Teodora. Jej łzy otarły się o jego policzki, zostawiając na nich mokre ślady. Zanim jednak chłopak zdążył pogłębić pocałunek, Krukonka oderwała się od niego i uciekła. Nie próbował jej gonić. Stał w miejscu i dotykał ust. To było… niesamowite. Miał nadzieję, że to znak od niej, że może jeszcze mają szansę. Z takim postanowieniem udał się do lochów.
***
Kiedy Blaise wreszcie uporał się ze stertą lekcji, wrócił do pokoju. Marzył o wygodnym łóżku. Wchodząc do pomieszczenia, zauważył ledwo stojącego na nogach przyjaciela. Był, lekko mówiąc, zalany w trzy dupy.
- Smoku, coś ty ze sobą zrobił… - Mruknął do siebie Blaise. Podszedł do przyjaciela i przytrzymał za ramiona. – Chodź Draco, musisz się już położyć.
- Nikt nie będzie mi rozkazywał! – Wybełkotał pijany blondyn. Wyrwał się z uścisku kumpla i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.           
                Malfoy sam nie wiedział, dlaczego był w takim stanie. Zdenerwował się trochę po wtargnięciu do pokoju Gryfonki i butelka ognistej jakoś sama trafiła do jego ręki. A potem kolejna. I jeszcze jedna. Efekt był marny, ale nie przejmował się tym jakoś bardzo. Udał się do lochów. Potrzebował zapomnieć i wiedział, że znajdzie tam ukojenie. Wypowiedział hasło i wszedł do pokoju pełnego Ślizgonów. Usiadł na kanapie i wzrokiem błądził po wszystkich paniach w pomieszczeniu. Kilka z nich pożerało go wzrokiem. Wybrał sobie ładną blondynkę o niebieskich oczach, chyba z piątej klasy. Klepnął miejsce obok siebie i dziewczyna podeszła.
- Hej Draco, jestem Angelina. – Powiedziała. Jej wzrok wyrażał więcej, niż sobie wyobrażała.
- Cześć kotku. – Dziewczyna usiadła obok niego i poczuła odór alkoholu, jednak nie skrzywiła się.
- Ciężki dzień?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.
- Chyba możemy pomóc sobie nawzajem. – Dziewczyna założyła nogę na nogę, odsłaniając pokaźną część uda.
- Może wybierzemy się na spacer? – Zapytał, rozbierając ją wzrokiem.
                Wyszli na korytarz i tam Draco praktycznie rzucił się na dziewczynę. Całowali się długo i namiętnie, nie zwracając uwagi na przechodzących obok Ślizgonów.
- Może pójdziemy do ciebie? – Zaproponowała Angelina.
 Ruszyli na 5 piętro, trzymając się za ręce. Malfoy nie sądził, że będzie to przyjaźń na dłuższą metę. Potrzebował jedynie odreagować. I ona mogła mu w tym pomóc. Będąc już przed obrazem Trzech Dam, Angelina nie mogła się powstrzymać i znów przykleiła się do Dracona. Ten, nie będąc jej dłużny, przycisnął ją do ściany, łapiąc za udo. Zatracili się kompletnie. Draco jednak był na tyle trzeźwy i na tyle przytomny, by zauważyć Granger, a raczej jej na pozór wściekłą minę. Dziewczyna wyminęła ich ostentacyjnie i zniknęła za portretem.
- Zmieniłem zdanie. – Powiedział nagle Draco i zostawił ją na korytarzu, a sam poszedł do swojego pokoju. A raczej łazienki. Potrzebował zimnego prysznica.
***
- Dlaczego właśnie Luna Teodorze? – Zapytała Hermiona następnego dnia po lekcjach, kiedy spotkali się w jej dormitorium i chłopak opowiadał jej o zdarzeniach zeszłego popołudnia.
- Ponieważ ona jest… inna niż wszyscy. Jest wyjątkowa.  Była przy mnie gdy już nie miałem nikogo gdy byłem wrakiem człowieka.  Ona mnie wyleczyła.
- Wyleczyła z czego?
- Z awersji do świata.  Z nienawiści, której nie mogłem w sobie zdusić.  Poznanie Luny było jedną z najlepszych chwil w moim życiu. Jak nie najlepszą.
- Mam nadzieję że wybierze mądrze. Chcę waszego szczęścia. Twojego, Luny i Neville’a.  Choć wkrótce któreś z Was będzie cierpieć.
- Wiem Hermiono. Ta miłość czasami mnie zabija, zwłaszcza gdy widzę Lunę w jego ramionach. Chciałbym aby była ze mną, oddałbym jej wszystko,  calutki świat. Ale nie mogę jej zmusić by mnie kochała. Chce po prosty by była szczęśliwa.  – W oczach Hermiony pojawiły się łzy.
- Musisz naprawdę mocno ją kochać Teo.
- Kocham. Najmocniej jak umiem.
- Chciałabym aby ktoś tak kochał mnie.
- Na pewno tak się stanie.  Choć moim zdaniem ten ktoś już cię kocha. Choć sam o tym nie wie. – Brunetka już chciała wypytać o co mu chodzi, lecz w tym momencie....

sobota, 21 stycznia 2017

Rozdział 19.



- Hermi, to ty byłaś z Malfoyem w Hogsmeade? – spytała Ginny następnego dnia rano, gdyż wieczorem nie miały okazji pogadać.
- Nie. Tak. Znaczy się... Ugh. Nieważne. A jak było wczoraj z Blaise’m?
- Dobrze.
- Dobrze?
- Bardzo dobrze! Jest bardzo miły i kochany.
- To dlaczego nie spróbujcie czegoś więcej niż przyjaźni? – Spytała mocno zaciekawiona brunetka.
- Och, Hermiono. To jest.....trudne.... Boję się, że jeśli spróbujemy i nam nie wyjdzie, to wszystko się rozpadnie. Nasza „przyjaźń” jest w sumie dla mnie ważna.
- Podoba ci się, prawda? – Znaczący uśmiech wstąpił na twarz starszej z dziewcząt.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia czy to coś więcej, Hermiono. 
                Do pokoju nic nie spodziewających się dziewczyn wpadł szczęśliwy Blaise,  który oczywiście podsłuchiwał pod drzwiami. Ginny spojrzała na niego przerażonymi oczami, w których gościły pierwsze iskierki gniewu.
-Wiedziałem Wiewiórko! Wiedziałem że za mną szalejesz!
- NIENWIDZĘ CIĘ ZABINI! – Krzyknęła rudowłosa do niczego niespodziewającego się chłopaka.
                W tej szkole robi się coraz ciekawiej.
***
                Wieczorem brunetka stała przed drzwiami pokoju chłopaków, zastanawiając się, czy składać im wizytę. A konkretniej Malfoyowi. Chłopak może nie zdawał sobie sprawy, ale Hermiona była mu strasznie wdzięczna za wczoraj. Gdyby nie on, nie wiadomo, co mogłoby jej się stać. Teraz jednak myślami była w tajemniczym pokoju z truciznami, do którego bardzo chciała wrócić. Podniosła rękę i już chciała zapukać, gdy drzwi same się otworzyły i stanął w nich Draco.
- Granger? Czego dusza pragnie? – Zapytał z kpiącym uśmieszkiem.
- Chcę wrócić do tajemniczego tunelu. – Powiedziała bez ogródek dziewczyna. Na twarz Ślizgona wstąpiło zaciekawienie.
- Wiesz dobrze, że następnym razem trujemy ciebie? – Powiedział to ot tak. Interesowała go jedynie reakcja Gryfonki.
- No jasne. Mi nie udało się pozbyć ciebie, więc teraz próbujesz ty. – Zironizowała.
                Nie rozmawiali tak jeszcze długo. Upewnili się, że ich przyjaciele są na tyle zajęci, by nie zauważyć ich nieobecności i weszli z powrotem do tunelu. Tradycyjnie, panowała tam cisza i egipskie ciemności. Hermiona wzdrygnęła się, jako że czuła się niekomfortowo, ale ruszyła przodem. Weszli po schodkach, uważając na stopień z tajemniczą substancją i podeszli do pierwszych drzwi. Otworzyli je i ich oczom ukazał się ten sam ciemnobrązowy, prostokątny pokój. Wyczuwało się w nim atmosferę tajemniczości.
                Draco wyminął w drzwiach Hermionę i podszedł do kolejnych drzwi. Zanim jednak złapał za klamkę, dziewczyna złapała go za ramię.
- A co, jak są.. ee, no nie wiem, niebezpieczne? – Spytała, przestraszona.
- Popadasz w paranoję, Granger. – Rzucił kpiąco Draco i chwycił gałkę. Drzwi uległy.
                Znaleźli się w pokoju z białą podłogą i niebieskimi ścianami. Hermiona wzdrygnęła się, bowiem przypomniał jej się pokój w dolinie Godryka, w którym wąż Voldemorta zaatakował Harry’ego w ostatnie święta. W tym pomieszczeniu – nadzwyczaj schludnym w porównaniu do poprzednich – znajdowało się dwuosobowe łóżko, dębowe biurko i krzesło. Nic więcej. Były też oczywiście drugie drzwi. Na biurku leżała następna karteczka, którą chwycił blondyn.
Jeśli to czytasz, drogi przyjacielu
Znak, że przeżyłeś, jak niewielu.
Za tobą najtrudniejsze zadanie
Jednak nie licz na ulgowe traktowanie.
Dalej musisz odkrywać bez wiedzy,
By spocząć na laurach, a nie na miedzy.
Oboje nie rozumieli słów zagadki. Nie wskazywały one bowiem na nic konkretnego. Co należało więc począć?
- Pokaż mi to. – Powiedziała stanowczo Hermiona, a Draco posłusznie oddał małą karteczkę. Jak zwykle, zagadka była napisana kaligraficznym pismem, na pożółkłym papierze. Tym razem jednak coś wyróżniało świstek. – Spójrz, tu w rogu. – Wskazała na prawy dolny róg kartki. I rzeczywiście, znajdował się tam dziwny znak.
                Ów znak wyglądał, jak rozłożone skrzydła, nad którymi wiły się w różne strony jakieś zawijasy. Mieścił się wewnątrz okręgu. Wydawał się dziwnie znajomy Hermionie, ale za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć, gdzie już taki widziała.
- I co teraz? – Spytał Draco. Byli zdezorientowani.
- Nie mam pojęcia. – Wyznała szczerze Gryfonka.
                Powoli podeszli do drzwi, obserwując je dokładnie. Jednak nie wydawały się inne, niż poprzednie. Nie mieli pojęcia, co poczynić w tej chwili, znajdowali się w kropce. Hermiona złapała za gałkę i przekręciła, ale nic się nie stało. Draco oglądał jej poczynania i chyba na coś natrafił.
- A co to jest? – Wskazał na małe zadrapanie na drzwiach, niewiele wyżej od gałki.
                Oboje pochylili się w tą stronę i zauważyli. Lakier na drzwiach był najpierw zdrapany, a później ponownie zamalowany, jednak niedokładnie. Zeskrobali go i ich oczom ukazał się ten sam dziwny znak, co na kartce. Czyli znów nic nie mieli. Popatrzyli się na siebie… i zdali sobie sprawę z tego, jak blisko są ich twarze. Dzieliły ich właściwie milimetry. Wpatrywali się w siebie, jak urzeczeni. Jednak Hermiona się speszyła i szybko odsunęła od blondyna.
- Puki się nie dowiemy, co to jest, – stwierdził Draco, wskazując palcem na znak. Jego głos był lekko zachrypnięty. – to nie mamy po co tu wracać.
- Raczej tak. – Zgodziła się Hermiona. W ciszy opuścili pomieszczenie i cały tunel, jednak towarzyszyło im napięcie spowodowane poprzednią sytuacją.
***
Tydzień upłynął błyskawicznie i bez większych niespodzianek. Blaise wytykał Ginny wyznanie z niedzielnego poranka i uganiał się za nią, pytając co pół godziny, czy pójdzie z nim na randkę. Oczywiście odpowiedź była przecząca. Chłopak miał coraz to nowsze pomysły, m.in. Płatki róż zamiast wody, kiedy się kąpała, ciastka z napisem „umówisz się ze mną?”, ogromny transparent na błoniach i wiele, wiele innych.
                Przyjaciele patrzyli na jego poczynania z politowaniem, Ginny natomiast z zaciętą miną. Największy ubaw mieli chyba Draco i Hermiona, między którymi stosunki chyba się ociepliły. Nie warczeli już na siebie, a ostatnio nawet prowadzili normalną konwersację. Robili ogromne postępy i chyba sami zdawali sobie z tego sprawę, bowiem chodzili jacyś weselsi.
                Między Harry’m i Pansy było bez zmian. Oboje byli tak zabiegani, że nie mieli czasu pogadać, nie mówiąc już o spotkaniu się. Wymieniali jedynie uprzejme uśmiechy na korytarzach, kiedy zmierzali z jednej Sali do drugiej.
                Ron odważył się zaprosić Astorię na kolejny spacer. Widać było, że chłopakowi na niej zależy. Jednak ich znajomi nie byli pewni, czy wyjdzie im to na dobre. A szczególnie Ronowi. Podobno Pansy słyszała, jak Astoria nabijała się z Gryfona do swojej siostry, Dafne. Jednak nie wiadomo, ile w tym było prawdy.
                A Luna i Neville nawet na siebie nie patrzyli, kiedy mijali się na korytarzach. Oboje byli ciężko przez siebie zranieni i oboje nieustępliwi. Lunie było przykro, że chłopak zaproponował przerwę, a Neville’a dręczyła sprawa z Teodorem Nottem. Był zmęczony tym ściganiem się. On chciał tylko być szczęśliwy.
                W piątek była Noc Duchów. Uczniowie przybyli do Wielkiej Sali, w której panował półmrok. Jedyne światło dawały świece, iskrzące się na ścianach, a także przystrojony święcącymi dyniami stół nauczycielski i pojedyncze dyniowe lampiony na uczniowskich stołach. Na niebie leniwie sunęły białe, pojedyncze chmury. A profesor McGonagall była przebrana za wampira. Całe grono nauczycielskie wystroiło się w tym roku. Byli nie do poznania. Szczególnie profesor Sprout, która postanowiła założyć strój zombie.
                Hermiona przyszła do WS razem z Ginny i Blaise’m, który ostatnio nie odstępował rudowłosej na krok, w ciągu dnia. Tak, do łazienki też za nią łaził. Teraz jednak pożegnał się z dziewczętami i usiadł przy swoim stole, koło markotnego Teodora.
- Cześć Teodor. Co ty taki wesoły dzisiaj? – Spytał Blaise, jak gdyby nigdy nic.
- Goń się. – Burknął czarnowłosy.
- Milutki jak zawsze. – Zironizował Diabeł i nałożył sobie podejrzanie wyglądającego przysmaku na talerz. – Co, twoja superekstrainteligentna  koleżanka znów dała ci kosza?
- Jeszcze jedno słowo, Zabini, a zaraz twój łeb wyląduje w ponczu. – Zagroził cicho Teodor, co skutecznie uciszyło jego przyjaciela.
                Przy stole Gryfonów panowała dużo żywsza i weselsza atmosfera. Wszyscy głośno rozmawiali i żartowali, niektórzy też słuchali opowieści Prawie Bezgłowego Nicka o jego szkolnych czasach. Jedynie Harry siedział trochę zasępiony i nie jadł ani nie żartował.
- Co ci jest, stary? – Zapytał Ron, który od dłuższego czasu obserwował przyjaciela.
- Nic. Zamyślony jestem. – Odrzekł Bliznowaty.
- Widzę. Jak ci tak zależy, to umów się z nią na jutro. – Rzucił rudzielec. Jego przyjaciel podniósł głowę i popatrzył na niego dziwnym wzrokiem.
- Co? Nie myślę o Parkinson. – Wytłumaczył, jednak na jego poliki wdarł się lekki rumieniec.
- No to o kim?
- O rodzicach. – Odpowiedział spokojnie Harry. Spotkał się z przerażonym wzrokiem Rona, smutnymi oczami Ginny i krzywym, pocieszającym uśmiechem Hermiony. – Nie patrzcie tak na mnie, nie planuję samobójstwa.
- Harry, przecież wiemy, że jest ci ciężko. – Zaczęła Hermiona.
- Nic z tym nie zrobicie. Ron, uważasz, że powinienem zjeść trochę tego móżdżka, czy może lepiej spróbować zapiekanki z ludzkiego serca? – Bliznowaty wolał zmienić temat. Nie lubił, jak ktoś się nad nim użalał.
***
Po skończonej uczcie uczniowie wrócili do swoich pokoi. Do Ginny i Hermiony wpadła Pansy, więc dziewczyny postanowiły sobie zrobić babski wieczór. Z kolei do Draco i Blaise’a przyszedł Teodor z dwoma butelkami ognistej i panowie urządzili sobie libację.
- Co sądzicie o Ślizgonach z pokoju obok? – Spytała Ginny po jakimś czasie i nie wiadomo której z kolei lampce wina.
- Znam ich całe życie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najwięksi idioci, jakich widział świat. – Zaśmiała się Pansy.
- Ja myślę, że Blaise jest w porządku. – Stwierdziła Hermiona.
- Nawet. – Mruknęła Ginny.
- On ci się podoba. – Nie spytała, a raczej stwierdziła Pansy. Na policzkach młodszej Gryfonki zagościł rumieniec.
- Może trochę. Ale nie liczę na zbyt wiele.
- Zwariowałaś? Od tygodnia mówi tylko o tobie. Chyba z milion razy robił zestawienie twoich cech. Uwierz, on wie o tobie więcej, niż ty sama. – Powiedziała Ślizgona, ku przestrodze Ginny.
- Weź tak nawet nie żartuj! – Przestraszyła się rudowłosa, po czym wszystkie trzy wybuchły gromkim śmiechem. – A ja tam myślę, że Malfoy też nie jest najgorszy. I chyba nasza Hermionka wpadła mu w oko.
- Och, proszę cię, Ginny. On jest zakochany w sobie i świata nie widzi poza nikim więcej. No i jest głupi. I narcystyczny, samolubny, wkurzający, irytujący, no i jest dupkiem.
- Kto się czubi, ten się lubi! – Powiedziały naraz Pansy i Ginny i znów się zaśmiały.
                Panie nie wiedziały, że w pokoju obok, między trójką Ślizgonów toczy się bardzo podobny temat.
- Jak się wam widzą drogie panie Gryfoneczki? – Rzucił Blaise na dobry początek.
- Kara boska, że muszę z nimi mieszkać. – Powiedział Draco i wzniósł oczy ku niebu.
- Nie może chyba być tak źle? – Zapytał Teodor.
- Jest fatalnie! Wyobraź sobie mieszkanie z dwoma babami i dzieckiem! Koszmar! – Rzucił blondyn do chłopaka i obaj parsknęli śmiechem, słysząc oburzenie diabła.
- Ja dziecko? Chyba ty! Kto ciućka palec przez sen? – Zaperzył się brunet.
- Ty.
- Świetni z was kumple, nie ma co. – Sarknął, ale po chwili się ożywił.- No dobra, a tak na poważnie? Bo ja tam uważam, że obie są świetne.
- Weasley to może jeszcze ujdzie, ale Granger nie znoszę! Wszędzie się panoszy i zawsze wszystko wie. – Rzucił Draco, próbując naśladować Hermionę zgłaszającą się do odpowiedzi.
- Nie jest najgorsza. – Stwierdził Teodor. – Czasami gadamy w bibliotece.
- Uważaj, bo się zabujasz. – Zakpił blondyn.
- Widać, że zazdrosny. Wpadła ci w oko, co? – Zaśmiał się Teodor.
- Zwariowałeś? W życiu!
- Nie mów hop, zanim nie przeskoczysz!
                Tego wieczoru polało się jeszcze dużo alkoholu. W końcu wszystkich zmorzył sen. Hermiona obudziła się jednak przed północą, ponieważ musiała iść do łazienki. Załatwiwszy sprawę, chciała napić się wody, ale w pokoju nie miała, więc musiała udać się do barku w salonie.
                A w salonie siedział Draco, który najwyraźniej też się obudził i nie mógł zasnąć. Hermiona spojrzała na niego zdziwiona, ale wyminęła bez słowa i podeszła do barku. Napiła się wody z myślą, że rano będzie miała kaca. Schowała butelkę i miała już wracać do pokoju, ale, nie wiedząc czemu, usiadła na fotelu, koło kanapy, na której spoczywał blondyn. Wpatrywał się w dogasający w kominku ogień. Milczenie było jednak uciążliwe.
- Czemu nie śpisz? – Spytała Gryfonka.
- A ty czemu nie śpisz? – Odpowiedział pytaniem na pytanie.
- A czy to ma jakieś znaczenie?
- Nie wiem, po co mnie pytasz?
- Musisz odpowiadać pytaniem na pytanie?
- Kto powiedział, że nie mogę?
- Czy ja ci bronię?
- Nie frustruje cię to?
- A od kiedy to obchodzi cię moje zdanie?
- A od kiedy my normalnie ze sobą gadamy?
- O co ci chodzi?
- Po co ciągniemy tą słowną gierkę?
- Nie wiem, nie możemy przestać?
- Dość.
                Po alkoholu oboje mieli złe samopoczucie i nienajlepsze humory. Hermiona już miała iść do siebie, gdy na zegarku wybiła północ i stało się coś dziwnego. Z dogasającego ognia zaczęła wydobywać się srebrzysta poświata. Substancja przybrała kształty jakiegoś starego mężczyzny. Miał siwe, długie włosy i był ubrany w łachmany.
- Ostrzegałem was o wielkich skarbach! Miałem rację! Odkryjcie tajemnicę! Uwolnijcie dusze tego zamku od nieszczęścia! – Wrzeszczało widmo. – Wiecie już, jaka jest prawda? Zapobiegnijcie złemu wypadkowi! Tak, żeby to się nigdy nie stało! – Widmo zniknęło równie szybko, co się pojawiło.
                W salonie zapadła cisza. Na twarzach prefektów naczelnych kryło się zdziwienie pomieszane z przerażeniem. Szczególnie u Draco.
- Granger…
- Tak, to było dziwne. – Przyznała Hermiona, ale widząc przestraszoną minę blondyna, zaniepokoiła się. – Co ci jest, Malfoy?
- Pamiętasz, jak kiedyś na patrolu poszliśmy na błonia i wszedłem do Zakazanego Lasu? Jak wyszedłem, mówiłem ci o jakimś starcu, który słabo się trzymał. To był on. – Przerażony Ślizgon wskazywał palcem na kominek. Czy to było możliwe?
- Co? Ale jak to? Nic z tego nie rozumiem… I o czym on w ogóle mówił? – Ich miny nie wyrażały niczego dobrego.
- To ma związek z zagadką i tym tajemniczym tunelem. – Powiedział Draco. Oboje popatrzyli się na regały biblioteczki.
- To wszystko robi się coraz bardziej pokręcone, nie uważasz? McGonagall odwołuje nam szlaban, mówiąc, że jest noc duchów i dzisiaj nie jesteśmy potrzebni, a potem spotykamy jakieś widmo, które pieprzy trzy po trzy. – Nawet mimo absurdalnej sytuacji Draco nie mógł pozbyć się kpiącego uśmieszku, słysząc wulgaryzm z ust Gryfonki.
- Ja też nic nie rozumiem. Ale wiemy jedno. Musimy rozwiązać tą zagadkę. – Powiedział stanowczo blondyn. 
*** 
Cześć Wizzy! Jak wam minął tydzień? Nasz trochę leniwie, ponieważ z ~Azazel zaczęłyśmu ferie, pierwszy tydzień za nami. A wy kiedy macie trochę wolnego? Zachęcamy do komentowania ;) Przypominamy, że wersja dostępna na wattpadzie.
Pozdrawiamy
Niklaus & Azazel

sobota, 14 stycznia 2017

Rozdział 18.



Ron przemierzał korytarze Hogwartu zastanawiając się, dlaczego został wezwany do McGonagall. W myślach przekalkulował ostatnie dni w poszukiwaniu jakichś grzeszków, ale raczej nic nie znalazł. Bo spotykanie się ze Ślizgonami do raczej nie jest zły uczynek? Chociaż, kto tam wie.
                Wypowiedział hasło i po schodkach wspiął się do góry. Zapukał do drzwi i usłyszał ciche zaproszenie. Ogromne było jego zdziwienie, kiedy w gabinecie dyrektorki zobaczył swojego brata. Ucieszony, podszedł do niego i mocno uścisnął.
- George, co tu robisz? – Zapytał zaskoczony. – Oh, przepraszam. Dzień dobry, pani profesor.
- Dzień dobry. Siadaj, Weasley, musimy porozmawiać. – Powiedziała dyrektorka poważnym tonem. Ron zajął miejsce obok brata.
- Coś się stało? – Zamartwił się młodszy rudzielec.
- Nie. Chcielibyśmy wiedzieć, razem z twoim bratem, jakie są twoje plany na przyszłość. – Rzekła McGonagall, czym zdziwiła samego zainteresowanego.
- Moje plany? Nie wiem, chyba chciałbym być aurorem. Tylko o co chodzi?
- Ron, a co powiesz na prowadzenie sklepu razem ze mną? – Odezwał się w końcu George. Po śmierci Freda chłopak trochę się załamał, jednak powrócił do sklepu, obleganego przez klientów. Pomagała mu Angelina Johnson, która pilnie poszukiwała pracy, ale i tak nie dawali sobie rady we dwójkę.
- Jeśli tylko mnie potrzebujesz, to jasne. – Powiedział, zaskoczony pytaniem Ron.
- To świetnie. – Na twarzy starszego Weasley’a zagościła ulga.
- Panie Weasley. – McGonagall zwróciła się do Rona. – Pański brat oczekuje od pana pomocy najlepiej od poniedziałku. Tego poniedziałku.
- Co? Jak to? A szkoła? – Tamto wyznanie zaszokowało trochę Ronalda.
- Proszę cię, to dla mnie ważne. – Błagalny wyraz zagościł na twarzy jednego z bliźniaków.
- Nie mogę, George. Nie będę przecież przez całe życie pomagał ci w sklepie. A jak potem znajdę pracę?
- Och, proszę cię. Należysz do legendarnego „złotego trio”. – Zakpił George.
- I to znaczy, że przez jakieś głupie przezwisko od tak znajdę prace? – Wzburzył się Ron. Nie podobała mu się taktyka brata.
- No… w sumie to tak. – Powiedział starszy rudzielec.
- Takie kłótnie są bez sensu. – Zaprotestowała McGonagall.
- Ron, decyduj. – Chcesz mi pomóc, czy nie? – Zapytał George.
- Chcę. Ale nie teraz. Chcę też ukończyć szkołę. – Odparł Ron.
- Dzięki. – Powiedział zdenerwowany bliźniak, po czym wstał i bez pożegnania wyszedł, trzaskając drzwiami. W gabinecie zapadła cisza.
- Co pani o tym sądzi, pani profesor? – Spytał Ron, którego opuścił dobry humor.
- Uważam, że postąpiłeś tak, jak chciałeś i nie będziesz żałował decyzji. – Powiedziała dyrektorka.
                Ron podziękował i wyszedł z gabinetu. Całkowicie opuścił go dobry humor i stracił ochotę na wizytę w Hogsmeade.
***
                Luna i Neville umówili się na Hogsmeade jeszcze w czwartek, kiedy wywieszono ogłoszenie. Mieli nadzieję, że wspólnie spędzony czas zbliży ich do siebie i zaprzestaną kłótni. Idąc sobie do wioski, nie mieli jeszcze pojęcia, jak bardzo się mylili.
                Droga minęła im dosyć spokojnie, chociaż było odrobinę sztywno. Musieli poważnie porozmawiać i wyjaśnić sobie kilka rzeczy. Teraz jednak nie zaprzątali sobie tym głowy. Neville postanowił ratować sytuację, więc objął dziewczynę w pasie. Rumieniec wdarł się na jej poliki.
- Jak ci minął ten tydzień, skarbie? – Zapytał brunet.
- Całkiem nieźle, ale smutno mi było bez ciebie. – Wyznała szczerze Luna.
- Wiesz przecież, że chodzę na dodatkowe zajęcia do profesor Sprout. – Usprawiedliwiał się Neville.
- Zajmują ci mnóstwo czasu. – Ich miny nie zapowiadały niczego dobrego. A przecież tak bardzo nie chcieli się kłócić.
- Czyli to źle, że chcę się dokształcać i uczyć czegoś, co kocham?
- A mnie nie kochasz?
                Zapadła cisza. Niewyobrażalnie długa, namacalna cisza. Zaskoczenie i smutek kryły się na obu twarzach, jednak u Luny bardziej.
- Oczywiście, że cię kocham, głuptasie. – Odparł Neville. Dlaczego miał wrażenie, że nie było to zbyt przekonujące?
                Luna nie odpowiedziała. W ciszy dotarli do wioski, oboje w nienajlepszych humorach. Weszli do baru Pod Trzema Miotłami i blondynka zajęła stolik, a jej chłopak w tym czasie poszedł zamówić coś do picia. Zaraz wracał z dwoma kubkami kremowego piwa. Usiadł naprzeciw swojej ukochanej i pociągnął zdrowy łyk z kubka.
- Luna, skarbie. Ja naprawdę nie chcę się kłócić. Ostatnio tylko to robimy. Miałem nadzieję, że spędzimy ten dzień miło. – Powiedział Neville.
- Ja też mam taką nadzieję. – Luna uśmiechnęła się do chłopaka i złapali się z ręce nad stołem.
                Mogłoby się wydawać, że między nimi już wszystko w porządku. Uśmiechali się dyskretnie, szczerze ze sobą rozmawiali. Czuli, jakby zakochiwali się w sobie na nowo. Jednak nic nie może wiecznie trwać. Ich niezmącony spokój przerwał Teodor, który nagle wyrósł spod ziemi i usiadł koło blondynki.
- Cześć. – Powiedział dziarskim tonem, nie zwracając uwagi na oburzenie swojego rywala.
- Czego tu chcesz? – Warknął Gryfon.
- Niczego od ciebie, Longbottom. Luna, możemy porozmawiać? – Nott zwrócił się z prośbą do ukochanej.
- Nie teraz, Teodor. Jestem zajęta. – Wyjaśniła.
- Nalegam.
- Och, no dobra. – Mruknęła zrezygnowana Luna. Nie wiedziała, że Neville zezłości się do tego stopnia, by wstać i wyjść z baru.
                Oczywiście pobiegła za nim, nawołując, ale ani na chwilę się nie zatrzymał, tylko mknął w stronę zamku. W jej oczach pojawiły się łzy. Do blondynki dołączył Teodor. Odwróciła się w jego stronę i zaczęła uderzać piąstkami w klatkę piersiową, okrytą zieloną bluzą.
- Coś ty narobił? Dlaczego zawsze musisz wszystko rujnować? Nie możesz się odczepić? – Zapytała, dając upust swoim emocjom.
- Byłem pierwszy. – Mruknął Teodor. Nie wiedział, jak ogromny błąd popełnił.
- Pierwszy? Pierwszy! Ja nie jestem rzeczą! – Krzyknęła Luna, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Jednak teraz jej to nie obchodziło. Pomknęła ścieżką do szkoły, a łzy spływały jej po polikach.
                Była wściekła i jednocześnie załamana. Myślała, że Teodor jest jej świetnym przyjacielem, ostoją, w której zawsze znajdzie oparcie. Jak zwykle się pomyliła. Ale Neville też nie jest święty. Obraża się o błahostki i denerwuje zawsze w pobliżu Ślizgona. I jak tu wytrzymać?
                Luna weszła właśnie na dziedziniec Hogwartu, po którym kręciło się dużo uczniów nie mogących iść jeszcze do wioski. Przy wejściu spotkała swojego chłopaka, siedzącego na ławce. Miał spuszczoną głowę. Podeszła do niego wolnym krokiem.
- Nev, ja nie miałam pojęcia, że on tam będzie. – Wytłumaczyła pospiesznie Luna. Marzyła, by pogodzić się już z chłopakiem. Gryfon podniósł się z ławki i ze smutnym wzrokiem popatrzył na blondynkę.
- Luna, czy to ma sens? Jesteśmy razem, a ciągle się kłócimy. Widzę, że smutno ci, kiedy odganiasz Notta. Nie uważasz, że powinniśmy sobie zrobić przerwę? – Neville popatrzył w te wielkie, niebieskie oczy, które tak bardzo kochał. Chyba.
                Luna nie odpowiedziała. Jedna samotna łza spłynęła po jej twarzy i upadła na ziemię, rozbijając się o chłodny beton. Neville spojrzał na nią smutnym wzrokiem i odszedł. Oby nie na zawsze.
***
                Dzień Harry’ego i Pansy był jak na razie dużo bardziej udany. Dwójka znajomych spotkała się jeszcze w szkole, po czym razem ruszyli do Hogsmeade. Z początku rozmowa im się nie kleiła, ale potem zaczęli gadać o Quidditchu, sporcie, który oboje uwielbiali. Cieszyli się, że na najbliższych wakacjach będą mistrzostwa świata. Oboje mieli zamiar się na nie wybrać. Kto wie, czy nie razem?
- A tak w ogóle, to co tam u ciebie? – Zapytał Harry po pewnym czasie. Mieli zamiar najpierw połazić po sklepach, a później wstąpić do Trzech Mioteł na coś ciepłego.
- W porządku. No wiesz, szkoła. – Oboje parsknęli śmiechem. Bo gdyby nie szkoła, to co by tu właściwie robili? Atmosfera trochę się rozluźniła. – A u ciebie?
- Całkiem podobnie, jak u ciebie. – Znów śmiech. – Mamy treningi prawie codziennie i przez to w ogóle nie ma czasu na nic innego. Ty przynajmniej masz wolne wieczory.
- Marzę o wolnych wieczorach. Codziennie zakłuwam na OPCM. Czasami zastanawiam się, jakim cudem zdobyłam Zadowalający na SUMach.
- Serio ? Przecież na lekcjach idzie ci nieźle. – Zdziwił się bliznowaty.
- No właśnie. Bo codziennie się uczę. Gdyby nie to, szłoby mi nędznie. Ale materiał jest coraz trudniejszy, muszę poszukać kogoś na korki. – Wyjaśniła Pansy. Harry momentalnie poderwał rękę do góry, jak to zazwyczaj robiła na lekcjach Hermiona.
- Zgłaszam się na korepetytora! – Słysząc śmiech brunetki, Harry pomyślał, że jest ogromnym szczęściarzem.
- No nie wiem, nie wiem. Jak zdasz test, to może być. – Powiedziała, a na jej usta wkradł się ślizgoński uśmieszek.
- Co za test? – Zainteresował się Gryfon.
- Będziesz go zdawał, nawet o tym nie wiedząc.
- Hej, przecież to nie fair.
- Potter, a kto powiedział, że w życiu wszystko jest fair?
                Droczyli się tak, póki nie poszli do Miodowego Królestwa. Harry, jako dżentelmen, otworzył Pansy drzwi. Weszli do ciepłego, ale też zatłoczonego pomieszczenia. Mnóstwo słodyczy leżało na półkach i właściwie nie wiedzieli, na co się zdecydować. Harry robił głupie miny, oglądając jaki dziwnie wyglądający cukierek i próbował naśladować osobę z papierka. Pansy śmiała się chyba najgłośniej, kiedy chłopak próbował odtworzyć minę czekoladowego szkieletu. Kupili po trochę wszystkiego, co wyglądało choć trochę dziwnie i podejrzanie, a później, kiedy wyszli, usiedli na ławce i Harry próbował przysmaków, krzywiąc się niemiłosiernie i rozbawiając Pansy.
                Potem poszli do Zonka. Bliznowaty wręczył Pansy bukiet kwiatów, które trysnęły jej w twarz jakąś oleistą mazią. Zaskoczona, pisnęła i usłyszała Harry’ego, który próbował nie wybuchnąć śmiechem .
- Bardzo zabawne. – Sarknęła. W duchu jednak sama miała ochotę się śmiać. To był świetny dzień.
- No właśnie tak. – Powiedział dziarsko wybraniec i zaśmiali się.
                Kupili tu kilka dziwnych rzeczy i wyszli ze sklepu, obładowani zakupami. Przechodząc koło sklepu Gladraga, Pansy aż oczy się zaświeciły na widok czarno zielonej sukienki z dekoltem wyszywanym diamencikami. Była idealna. Dziewczyna obiecała sobie zajrzeć do sklepu, kiedy następnym razem będzie w wiosce.
                Tymczasem poszli na piwo kremowe do Trzech Mioteł. Usiedli niedaleko wejścia, skąd mieli widok na ulicę i przechodniów. W pewnym momencie zauważyli Draco i Hermionę, idących ramię w ramię. Dziewczyna żywo gestykulowała, a po chwili oboje rozeszli się w dwie różne strony. Harry był równie zaskoczony, co Pansy.
- Nie wydaje ci się to dziwne? – Zaczęła Pansy. – Ostatnio całkiem sporo czasu ze sobą spędzają i wydają się być dla siebie milsi. A teraz razem poszli do wioski.
- Może znudziło im się to całe warczenie na siebie i doszli do wniosku, że są tylko ludźmi? – Zapytał Harry.
- Nie powtarzaj tego w towarzystwie Draco. – Zaśmiała się cicho Pansy.
                Rozmawiali jeszcze długo na różne tematy. Opowiadali sobie o swoich domach, zwyczajach i przyzwyczajeniach. Świetnie spędzało im się czas w swoim towarzystwie i nie mieli ochoty kończyć spaceru. Musieli jednak wracać.
                Wychodząc z pubu, Harry podał Pansy swoje ramię, a ta je chwyciła i w dobrych humorach wracali do zamku, dowcipkując po drodze. Oboje skrycie mieli nadzieję na pierwszy pocałunek. Była to jednak nadzieja. Po około 5 minutach od wyjścia z baru, podszedł do nich Draco.
- Wybacz, Potter. Porywam ci pannę. – Powiedział blondyn na dzień dobry. Złapał Pansy za rękę i pociągnął w stronę wioski. Dziewczyna zdążyła posłać Harry’emu zdziwione spojrzenie.
                Trochę zasmucony, wracał do zamku sam. I pocałunku nie było.
***
                Hermiona nie odpowiedziała na pytanie Dracona. Postanowiła je przemilczeć, bo zdawała sobie sprawę, że było podchwytliwe. Nie wiedziała jednak, że sprawiła mu tym przykrość, bowiem myślał, że milczenie oznaczało potwierdzenie.
                W gruncie rzeczy oboje wiedzieli, że na pewno się nie nienawidzą. Świadczył o tym pocałunek Hermiony i reakcja Dracona. Nie zdawali sobie sprawy, że myślą o tej samej sytuacji w tej samej chwili.
- Dobra, miło się gadało. Na razie. – Rzekł Draco i skręcił w jakąś uliczkę.
                Hermiona wzruszyła ramionami i poszła przed siebie samotnie. W miodowym królestwie zrobiła zapas słodyczy, myśląc też o Ronie, który został w zamku, wezwany do dyrektorki. Później odwiedziła Derwisza i Bangesa. Nigdy nie była w tym sklepie i ciekawiło ją, co tu znajdzie. Wybór był niemały. Mogła tu kupić fałszoskopy, tiary z niespodziankami, porcelanowe zastawy do herbaty, dziwne buty na sprężynach, a także wiele, wiele innych, mało przydatnych rzeczy. Zainteresował ją jedynie stary, okrągły naszyjnik, na którym był wygrawerowany jakiś tajemniczy znak. Naszyjnik jednak sporo kosztował.
                Gryfonka opuściła sklep i chciała iść do Trzech Mioteł, kiedy w jakimś zaułku mignęła jej ruda czupryna. Była pewna, że to Ginny z Blaise’m, tylko co oni mogli robić w jakimś ciemnym kącie? No dobra, to dziwnie zabrzmiało.
                Chwila zastanowienia. Iść, czy nie iść? Ostatecznie postanowiła sprawdzić, czy wszystko w porządku. Weszła w zaułek, do którego nie docierało światło dzienne. I rzeczywiście znalazła rudą czuprynę. Ale nie należała ona do Ginny. Do Rona też nie. W ogóle nie należała do kogoś znajomego. Facet ten miał brudną twarz i przerażające oczy, które ilustrowały ją wzrokiem. Towarzyszył mu jakiś drugi gbur, tym razem czarnowłosy. Panowie zaczęli przybliżać się do Gryfonki, która pragnęła uciec, ale w przejściu pojawił się kolejny mężczyzna, wyglądający na brata rudzielca.
- Nie uciekaj, słodziutka. – Rzucił ten pierwszy.
- Nie chcemy zrobić ci krzywdy. – Odezwał się ten drugi. Słychać było śmiech tego, który obstawiał drzwi.
                Przerażona Hermiona zaczęła się cofać i w końcu trafiła na zimny mur. Podszedł do niej rudy, który pożerał ją wzrokiem. Zabierał się do rozpinania guzika jej spodni. Jednak dziewczyna nie chciała poddawać się bez walki. Uderzyła brzydala w krocze. Mężczyzna cofnął się i klęknął z bólu.
- Uważaj, co robisz, dziwko! – Krzyknął brunet. Podszedł do dziewczyny i już chciał jej wymierzyć siarczysty policzek, kiedy odrzuciło go w bok jakieś zaklęcie. Padł też ten, który klęczał i jego brat, stojący przy wejściu do alejki.
                Hermiona odważyła się spojrzeć na swojego wybawcę. Okazał się nim być Malfoy, który szybko podszedł do Gryfonki, lustrując ją wzrokiem.
- Nic ci nie zrobili? – Spytał blondyn.
- Nic. Dzięki. – Powiedziała przestraszona.
                Razem wyszli z tej alejki. Tak się akurat zdarzyło, że koło wejścia przechodziła starsza pani, która popatrzyła na nich zgorszonym wzrokiem, wyobrażając sobie nie wiadomo co. Parsknęli śmiechem.
- W ogóle, to co ty tam robiłaś? – Zainteresował się Ślizgon.
- Myślałam, że widziałam Ginny… A tak w ogóle, to czemu ja ci się tłumaczę?
- No nie wiem, może dlatego, że właśnie uratowałem ci życie?
- A spróbuj jeszcze raz nazwać Harry’ego pieprzonym wybawcą świata!
- Czyli co, masz aluzje, że tam byłem?
- Tak! Nie, w sumie to nie…
- Wy kobiety jesteście potwornie niezdecydowane!
- Znalazł się ten, co zawsze wie, co i kiedy powiedzieć i gdzie się pojawić!
                Przechodzili właśnie koło Trzech Mioteł. Hermiona żywo gestykulowała rękami, nie wiedząc, że jest obserwowana przez swoich przyjaciół. Malfoy machnął ręką i odwrócił się na pięcie, po czym odszedł w tylko sobie znanym kierunku. A Hermiona poszła do zamku.
***
                Ginny nie było w Hogsmeade. Kiedy w Wielkiej Sali przyszedł po nią Blaise, była zdziwiona, że Ślizgon nie ma oporu przed zadawaniem się z „wrogim domem” i w ogóle się z tym nie kryje. Ruszyli do wioski, wesoło gadając, albo, jak kto woli, docinając sobie. Ale były to zwykłe uszczypliwości. Rześkim krokiem przemierzali uliczki i alejki, nie zatrzymując się ani na moment.
- Zabini? Gdzie my idziemy? – Zapytała ostrożnie Ginny.
- Zobaczysz, wiewiórko. W końcu obiecałaś mi pomóc w moim genialnym planie. – Uśmiechnął się Blaise.
- Tak właściwie to był szantaż emocjonalny, a nie zgoda na pomoc. – Poliki rudowłosej przybrały ciemnoróżowy kolor.
- Jestem pewien, że skrycie za mną szalejesz i zrobiłabyś dla mnie wszystko. – Stwierdził brunet, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.
- Uważaj, żebyś się nie przeliczył.
                Zatrzymali się na końcu alejki, gdzie nie było nikogo i Blaise odwrócił się do Ginny. Uśmiechnął się, po czym wyjął rękę w stronę towarzyszki. Ta nieśmiało ją złapała, po czym poczuła szarpnięcie w pępku. Deportowali się. Gdy otworzyła oczy, znalazła się przed sklepem swojego brata.
- Co my tu robimy? – Popatrzyła zdziwiona na ciemnoskórego.
- Zobaczysz. – Ten tylko uśmiechnął się tajemniczo i podał jej swoje ramię, po czym weszli do sklepu.
                Wyszli z niego jakieś pół godziny później, roześmiani od ucha do ucha. Nie spacerowali długo ulicami Pokątnej, bowiem zaczął padać deszcz. Uciekli do dziurawego kotła, jednak zdążyli przemoknąć do suchej nitki. Poszli do łazienki i osuszyli się. Tak, dobrze myślicie. Weszli do jednej łazienki. I wyszli z niej zarumienieni. To wszystko oczywiście od ciepłych podmuchów wiatru z różdżek, jednak ludzie z baru mogli pomyśleć inaczej.
                Niezrażeni, zamówili sobie po szklaneczce ognistej. Wypili płyn jednym haustem i zamówili jeszcze jedną porcję. Gadali o wszystkim i o niczym. Rozmowa była właściwie trochę bez sensu, ale ważne było to, że miło spędzali czas. Blaise w końcu opowiedział cały swój niedawno wymyślony plan. Początkowo Ginny była wszystkiemu sceptyczna, jednak dała się w końcu przekonać i obiecała pomóc Ślizgonowi. Zaczęli snuć domysły, jak ten plan zrealizować i padały coraz to ciekawsze pomysły.
                Nie zwracali uwagi na czas i zanim się zorientowali, zrobiło się trochę późno i trzeba było wracać, by nikt nie nabrał podejrzeń. Deportowali się w to samo miejsce, z którego wcześniej zniknęli i z uśmiechami na ustach wrócili do zamku.