Strony

sobota, 14 stycznia 2017

Rozdział 18.



Ron przemierzał korytarze Hogwartu zastanawiając się, dlaczego został wezwany do McGonagall. W myślach przekalkulował ostatnie dni w poszukiwaniu jakichś grzeszków, ale raczej nic nie znalazł. Bo spotykanie się ze Ślizgonami do raczej nie jest zły uczynek? Chociaż, kto tam wie.
                Wypowiedział hasło i po schodkach wspiął się do góry. Zapukał do drzwi i usłyszał ciche zaproszenie. Ogromne było jego zdziwienie, kiedy w gabinecie dyrektorki zobaczył swojego brata. Ucieszony, podszedł do niego i mocno uścisnął.
- George, co tu robisz? – Zapytał zaskoczony. – Oh, przepraszam. Dzień dobry, pani profesor.
- Dzień dobry. Siadaj, Weasley, musimy porozmawiać. – Powiedziała dyrektorka poważnym tonem. Ron zajął miejsce obok brata.
- Coś się stało? – Zamartwił się młodszy rudzielec.
- Nie. Chcielibyśmy wiedzieć, razem z twoim bratem, jakie są twoje plany na przyszłość. – Rzekła McGonagall, czym zdziwiła samego zainteresowanego.
- Moje plany? Nie wiem, chyba chciałbym być aurorem. Tylko o co chodzi?
- Ron, a co powiesz na prowadzenie sklepu razem ze mną? – Odezwał się w końcu George. Po śmierci Freda chłopak trochę się załamał, jednak powrócił do sklepu, obleganego przez klientów. Pomagała mu Angelina Johnson, która pilnie poszukiwała pracy, ale i tak nie dawali sobie rady we dwójkę.
- Jeśli tylko mnie potrzebujesz, to jasne. – Powiedział, zaskoczony pytaniem Ron.
- To świetnie. – Na twarzy starszego Weasley’a zagościła ulga.
- Panie Weasley. – McGonagall zwróciła się do Rona. – Pański brat oczekuje od pana pomocy najlepiej od poniedziałku. Tego poniedziałku.
- Co? Jak to? A szkoła? – Tamto wyznanie zaszokowało trochę Ronalda.
- Proszę cię, to dla mnie ważne. – Błagalny wyraz zagościł na twarzy jednego z bliźniaków.
- Nie mogę, George. Nie będę przecież przez całe życie pomagał ci w sklepie. A jak potem znajdę pracę?
- Och, proszę cię. Należysz do legendarnego „złotego trio”. – Zakpił George.
- I to znaczy, że przez jakieś głupie przezwisko od tak znajdę prace? – Wzburzył się Ron. Nie podobała mu się taktyka brata.
- No… w sumie to tak. – Powiedział starszy rudzielec.
- Takie kłótnie są bez sensu. – Zaprotestowała McGonagall.
- Ron, decyduj. – Chcesz mi pomóc, czy nie? – Zapytał George.
- Chcę. Ale nie teraz. Chcę też ukończyć szkołę. – Odparł Ron.
- Dzięki. – Powiedział zdenerwowany bliźniak, po czym wstał i bez pożegnania wyszedł, trzaskając drzwiami. W gabinecie zapadła cisza.
- Co pani o tym sądzi, pani profesor? – Spytał Ron, którego opuścił dobry humor.
- Uważam, że postąpiłeś tak, jak chciałeś i nie będziesz żałował decyzji. – Powiedziała dyrektorka.
                Ron podziękował i wyszedł z gabinetu. Całkowicie opuścił go dobry humor i stracił ochotę na wizytę w Hogsmeade.
***
                Luna i Neville umówili się na Hogsmeade jeszcze w czwartek, kiedy wywieszono ogłoszenie. Mieli nadzieję, że wspólnie spędzony czas zbliży ich do siebie i zaprzestaną kłótni. Idąc sobie do wioski, nie mieli jeszcze pojęcia, jak bardzo się mylili.
                Droga minęła im dosyć spokojnie, chociaż było odrobinę sztywno. Musieli poważnie porozmawiać i wyjaśnić sobie kilka rzeczy. Teraz jednak nie zaprzątali sobie tym głowy. Neville postanowił ratować sytuację, więc objął dziewczynę w pasie. Rumieniec wdarł się na jej poliki.
- Jak ci minął ten tydzień, skarbie? – Zapytał brunet.
- Całkiem nieźle, ale smutno mi było bez ciebie. – Wyznała szczerze Luna.
- Wiesz przecież, że chodzę na dodatkowe zajęcia do profesor Sprout. – Usprawiedliwiał się Neville.
- Zajmują ci mnóstwo czasu. – Ich miny nie zapowiadały niczego dobrego. A przecież tak bardzo nie chcieli się kłócić.
- Czyli to źle, że chcę się dokształcać i uczyć czegoś, co kocham?
- A mnie nie kochasz?
                Zapadła cisza. Niewyobrażalnie długa, namacalna cisza. Zaskoczenie i smutek kryły się na obu twarzach, jednak u Luny bardziej.
- Oczywiście, że cię kocham, głuptasie. – Odparł Neville. Dlaczego miał wrażenie, że nie było to zbyt przekonujące?
                Luna nie odpowiedziała. W ciszy dotarli do wioski, oboje w nienajlepszych humorach. Weszli do baru Pod Trzema Miotłami i blondynka zajęła stolik, a jej chłopak w tym czasie poszedł zamówić coś do picia. Zaraz wracał z dwoma kubkami kremowego piwa. Usiadł naprzeciw swojej ukochanej i pociągnął zdrowy łyk z kubka.
- Luna, skarbie. Ja naprawdę nie chcę się kłócić. Ostatnio tylko to robimy. Miałem nadzieję, że spędzimy ten dzień miło. – Powiedział Neville.
- Ja też mam taką nadzieję. – Luna uśmiechnęła się do chłopaka i złapali się z ręce nad stołem.
                Mogłoby się wydawać, że między nimi już wszystko w porządku. Uśmiechali się dyskretnie, szczerze ze sobą rozmawiali. Czuli, jakby zakochiwali się w sobie na nowo. Jednak nic nie może wiecznie trwać. Ich niezmącony spokój przerwał Teodor, który nagle wyrósł spod ziemi i usiadł koło blondynki.
- Cześć. – Powiedział dziarskim tonem, nie zwracając uwagi na oburzenie swojego rywala.
- Czego tu chcesz? – Warknął Gryfon.
- Niczego od ciebie, Longbottom. Luna, możemy porozmawiać? – Nott zwrócił się z prośbą do ukochanej.
- Nie teraz, Teodor. Jestem zajęta. – Wyjaśniła.
- Nalegam.
- Och, no dobra. – Mruknęła zrezygnowana Luna. Nie wiedziała, że Neville zezłości się do tego stopnia, by wstać i wyjść z baru.
                Oczywiście pobiegła za nim, nawołując, ale ani na chwilę się nie zatrzymał, tylko mknął w stronę zamku. W jej oczach pojawiły się łzy. Do blondynki dołączył Teodor. Odwróciła się w jego stronę i zaczęła uderzać piąstkami w klatkę piersiową, okrytą zieloną bluzą.
- Coś ty narobił? Dlaczego zawsze musisz wszystko rujnować? Nie możesz się odczepić? – Zapytała, dając upust swoim emocjom.
- Byłem pierwszy. – Mruknął Teodor. Nie wiedział, jak ogromny błąd popełnił.
- Pierwszy? Pierwszy! Ja nie jestem rzeczą! – Krzyknęła Luna, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Jednak teraz jej to nie obchodziło. Pomknęła ścieżką do szkoły, a łzy spływały jej po polikach.
                Była wściekła i jednocześnie załamana. Myślała, że Teodor jest jej świetnym przyjacielem, ostoją, w której zawsze znajdzie oparcie. Jak zwykle się pomyliła. Ale Neville też nie jest święty. Obraża się o błahostki i denerwuje zawsze w pobliżu Ślizgona. I jak tu wytrzymać?
                Luna weszła właśnie na dziedziniec Hogwartu, po którym kręciło się dużo uczniów nie mogących iść jeszcze do wioski. Przy wejściu spotkała swojego chłopaka, siedzącego na ławce. Miał spuszczoną głowę. Podeszła do niego wolnym krokiem.
- Nev, ja nie miałam pojęcia, że on tam będzie. – Wytłumaczyła pospiesznie Luna. Marzyła, by pogodzić się już z chłopakiem. Gryfon podniósł się z ławki i ze smutnym wzrokiem popatrzył na blondynkę.
- Luna, czy to ma sens? Jesteśmy razem, a ciągle się kłócimy. Widzę, że smutno ci, kiedy odganiasz Notta. Nie uważasz, że powinniśmy sobie zrobić przerwę? – Neville popatrzył w te wielkie, niebieskie oczy, które tak bardzo kochał. Chyba.
                Luna nie odpowiedziała. Jedna samotna łza spłynęła po jej twarzy i upadła na ziemię, rozbijając się o chłodny beton. Neville spojrzał na nią smutnym wzrokiem i odszedł. Oby nie na zawsze.
***
                Dzień Harry’ego i Pansy był jak na razie dużo bardziej udany. Dwójka znajomych spotkała się jeszcze w szkole, po czym razem ruszyli do Hogsmeade. Z początku rozmowa im się nie kleiła, ale potem zaczęli gadać o Quidditchu, sporcie, który oboje uwielbiali. Cieszyli się, że na najbliższych wakacjach będą mistrzostwa świata. Oboje mieli zamiar się na nie wybrać. Kto wie, czy nie razem?
- A tak w ogóle, to co tam u ciebie? – Zapytał Harry po pewnym czasie. Mieli zamiar najpierw połazić po sklepach, a później wstąpić do Trzech Mioteł na coś ciepłego.
- W porządku. No wiesz, szkoła. – Oboje parsknęli śmiechem. Bo gdyby nie szkoła, to co by tu właściwie robili? Atmosfera trochę się rozluźniła. – A u ciebie?
- Całkiem podobnie, jak u ciebie. – Znów śmiech. – Mamy treningi prawie codziennie i przez to w ogóle nie ma czasu na nic innego. Ty przynajmniej masz wolne wieczory.
- Marzę o wolnych wieczorach. Codziennie zakłuwam na OPCM. Czasami zastanawiam się, jakim cudem zdobyłam Zadowalający na SUMach.
- Serio ? Przecież na lekcjach idzie ci nieźle. – Zdziwił się bliznowaty.
- No właśnie. Bo codziennie się uczę. Gdyby nie to, szłoby mi nędznie. Ale materiał jest coraz trudniejszy, muszę poszukać kogoś na korki. – Wyjaśniła Pansy. Harry momentalnie poderwał rękę do góry, jak to zazwyczaj robiła na lekcjach Hermiona.
- Zgłaszam się na korepetytora! – Słysząc śmiech brunetki, Harry pomyślał, że jest ogromnym szczęściarzem.
- No nie wiem, nie wiem. Jak zdasz test, to może być. – Powiedziała, a na jej usta wkradł się ślizgoński uśmieszek.
- Co za test? – Zainteresował się Gryfon.
- Będziesz go zdawał, nawet o tym nie wiedząc.
- Hej, przecież to nie fair.
- Potter, a kto powiedział, że w życiu wszystko jest fair?
                Droczyli się tak, póki nie poszli do Miodowego Królestwa. Harry, jako dżentelmen, otworzył Pansy drzwi. Weszli do ciepłego, ale też zatłoczonego pomieszczenia. Mnóstwo słodyczy leżało na półkach i właściwie nie wiedzieli, na co się zdecydować. Harry robił głupie miny, oglądając jaki dziwnie wyglądający cukierek i próbował naśladować osobę z papierka. Pansy śmiała się chyba najgłośniej, kiedy chłopak próbował odtworzyć minę czekoladowego szkieletu. Kupili po trochę wszystkiego, co wyglądało choć trochę dziwnie i podejrzanie, a później, kiedy wyszli, usiedli na ławce i Harry próbował przysmaków, krzywiąc się niemiłosiernie i rozbawiając Pansy.
                Potem poszli do Zonka. Bliznowaty wręczył Pansy bukiet kwiatów, które trysnęły jej w twarz jakąś oleistą mazią. Zaskoczona, pisnęła i usłyszała Harry’ego, który próbował nie wybuchnąć śmiechem .
- Bardzo zabawne. – Sarknęła. W duchu jednak sama miała ochotę się śmiać. To był świetny dzień.
- No właśnie tak. – Powiedział dziarsko wybraniec i zaśmiali się.
                Kupili tu kilka dziwnych rzeczy i wyszli ze sklepu, obładowani zakupami. Przechodząc koło sklepu Gladraga, Pansy aż oczy się zaświeciły na widok czarno zielonej sukienki z dekoltem wyszywanym diamencikami. Była idealna. Dziewczyna obiecała sobie zajrzeć do sklepu, kiedy następnym razem będzie w wiosce.
                Tymczasem poszli na piwo kremowe do Trzech Mioteł. Usiedli niedaleko wejścia, skąd mieli widok na ulicę i przechodniów. W pewnym momencie zauważyli Draco i Hermionę, idących ramię w ramię. Dziewczyna żywo gestykulowała, a po chwili oboje rozeszli się w dwie różne strony. Harry był równie zaskoczony, co Pansy.
- Nie wydaje ci się to dziwne? – Zaczęła Pansy. – Ostatnio całkiem sporo czasu ze sobą spędzają i wydają się być dla siebie milsi. A teraz razem poszli do wioski.
- Może znudziło im się to całe warczenie na siebie i doszli do wniosku, że są tylko ludźmi? – Zapytał Harry.
- Nie powtarzaj tego w towarzystwie Draco. – Zaśmiała się cicho Pansy.
                Rozmawiali jeszcze długo na różne tematy. Opowiadali sobie o swoich domach, zwyczajach i przyzwyczajeniach. Świetnie spędzało im się czas w swoim towarzystwie i nie mieli ochoty kończyć spaceru. Musieli jednak wracać.
                Wychodząc z pubu, Harry podał Pansy swoje ramię, a ta je chwyciła i w dobrych humorach wracali do zamku, dowcipkując po drodze. Oboje skrycie mieli nadzieję na pierwszy pocałunek. Była to jednak nadzieja. Po około 5 minutach od wyjścia z baru, podszedł do nich Draco.
- Wybacz, Potter. Porywam ci pannę. – Powiedział blondyn na dzień dobry. Złapał Pansy za rękę i pociągnął w stronę wioski. Dziewczyna zdążyła posłać Harry’emu zdziwione spojrzenie.
                Trochę zasmucony, wracał do zamku sam. I pocałunku nie było.
***
                Hermiona nie odpowiedziała na pytanie Dracona. Postanowiła je przemilczeć, bo zdawała sobie sprawę, że było podchwytliwe. Nie wiedziała jednak, że sprawiła mu tym przykrość, bowiem myślał, że milczenie oznaczało potwierdzenie.
                W gruncie rzeczy oboje wiedzieli, że na pewno się nie nienawidzą. Świadczył o tym pocałunek Hermiony i reakcja Dracona. Nie zdawali sobie sprawy, że myślą o tej samej sytuacji w tej samej chwili.
- Dobra, miło się gadało. Na razie. – Rzekł Draco i skręcił w jakąś uliczkę.
                Hermiona wzruszyła ramionami i poszła przed siebie samotnie. W miodowym królestwie zrobiła zapas słodyczy, myśląc też o Ronie, który został w zamku, wezwany do dyrektorki. Później odwiedziła Derwisza i Bangesa. Nigdy nie była w tym sklepie i ciekawiło ją, co tu znajdzie. Wybór był niemały. Mogła tu kupić fałszoskopy, tiary z niespodziankami, porcelanowe zastawy do herbaty, dziwne buty na sprężynach, a także wiele, wiele innych, mało przydatnych rzeczy. Zainteresował ją jedynie stary, okrągły naszyjnik, na którym był wygrawerowany jakiś tajemniczy znak. Naszyjnik jednak sporo kosztował.
                Gryfonka opuściła sklep i chciała iść do Trzech Mioteł, kiedy w jakimś zaułku mignęła jej ruda czupryna. Była pewna, że to Ginny z Blaise’m, tylko co oni mogli robić w jakimś ciemnym kącie? No dobra, to dziwnie zabrzmiało.
                Chwila zastanowienia. Iść, czy nie iść? Ostatecznie postanowiła sprawdzić, czy wszystko w porządku. Weszła w zaułek, do którego nie docierało światło dzienne. I rzeczywiście znalazła rudą czuprynę. Ale nie należała ona do Ginny. Do Rona też nie. W ogóle nie należała do kogoś znajomego. Facet ten miał brudną twarz i przerażające oczy, które ilustrowały ją wzrokiem. Towarzyszył mu jakiś drugi gbur, tym razem czarnowłosy. Panowie zaczęli przybliżać się do Gryfonki, która pragnęła uciec, ale w przejściu pojawił się kolejny mężczyzna, wyglądający na brata rudzielca.
- Nie uciekaj, słodziutka. – Rzucił ten pierwszy.
- Nie chcemy zrobić ci krzywdy. – Odezwał się ten drugi. Słychać było śmiech tego, który obstawiał drzwi.
                Przerażona Hermiona zaczęła się cofać i w końcu trafiła na zimny mur. Podszedł do niej rudy, który pożerał ją wzrokiem. Zabierał się do rozpinania guzika jej spodni. Jednak dziewczyna nie chciała poddawać się bez walki. Uderzyła brzydala w krocze. Mężczyzna cofnął się i klęknął z bólu.
- Uważaj, co robisz, dziwko! – Krzyknął brunet. Podszedł do dziewczyny i już chciał jej wymierzyć siarczysty policzek, kiedy odrzuciło go w bok jakieś zaklęcie. Padł też ten, który klęczał i jego brat, stojący przy wejściu do alejki.
                Hermiona odważyła się spojrzeć na swojego wybawcę. Okazał się nim być Malfoy, który szybko podszedł do Gryfonki, lustrując ją wzrokiem.
- Nic ci nie zrobili? – Spytał blondyn.
- Nic. Dzięki. – Powiedziała przestraszona.
                Razem wyszli z tej alejki. Tak się akurat zdarzyło, że koło wejścia przechodziła starsza pani, która popatrzyła na nich zgorszonym wzrokiem, wyobrażając sobie nie wiadomo co. Parsknęli śmiechem.
- W ogóle, to co ty tam robiłaś? – Zainteresował się Ślizgon.
- Myślałam, że widziałam Ginny… A tak w ogóle, to czemu ja ci się tłumaczę?
- No nie wiem, może dlatego, że właśnie uratowałem ci życie?
- A spróbuj jeszcze raz nazwać Harry’ego pieprzonym wybawcą świata!
- Czyli co, masz aluzje, że tam byłem?
- Tak! Nie, w sumie to nie…
- Wy kobiety jesteście potwornie niezdecydowane!
- Znalazł się ten, co zawsze wie, co i kiedy powiedzieć i gdzie się pojawić!
                Przechodzili właśnie koło Trzech Mioteł. Hermiona żywo gestykulowała rękami, nie wiedząc, że jest obserwowana przez swoich przyjaciół. Malfoy machnął ręką i odwrócił się na pięcie, po czym odszedł w tylko sobie znanym kierunku. A Hermiona poszła do zamku.
***
                Ginny nie było w Hogsmeade. Kiedy w Wielkiej Sali przyszedł po nią Blaise, była zdziwiona, że Ślizgon nie ma oporu przed zadawaniem się z „wrogim domem” i w ogóle się z tym nie kryje. Ruszyli do wioski, wesoło gadając, albo, jak kto woli, docinając sobie. Ale były to zwykłe uszczypliwości. Rześkim krokiem przemierzali uliczki i alejki, nie zatrzymując się ani na moment.
- Zabini? Gdzie my idziemy? – Zapytała ostrożnie Ginny.
- Zobaczysz, wiewiórko. W końcu obiecałaś mi pomóc w moim genialnym planie. – Uśmiechnął się Blaise.
- Tak właściwie to był szantaż emocjonalny, a nie zgoda na pomoc. – Poliki rudowłosej przybrały ciemnoróżowy kolor.
- Jestem pewien, że skrycie za mną szalejesz i zrobiłabyś dla mnie wszystko. – Stwierdził brunet, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem.
- Uważaj, żebyś się nie przeliczył.
                Zatrzymali się na końcu alejki, gdzie nie było nikogo i Blaise odwrócił się do Ginny. Uśmiechnął się, po czym wyjął rękę w stronę towarzyszki. Ta nieśmiało ją złapała, po czym poczuła szarpnięcie w pępku. Deportowali się. Gdy otworzyła oczy, znalazła się przed sklepem swojego brata.
- Co my tu robimy? – Popatrzyła zdziwiona na ciemnoskórego.
- Zobaczysz. – Ten tylko uśmiechnął się tajemniczo i podał jej swoje ramię, po czym weszli do sklepu.
                Wyszli z niego jakieś pół godziny później, roześmiani od ucha do ucha. Nie spacerowali długo ulicami Pokątnej, bowiem zaczął padać deszcz. Uciekli do dziurawego kotła, jednak zdążyli przemoknąć do suchej nitki. Poszli do łazienki i osuszyli się. Tak, dobrze myślicie. Weszli do jednej łazienki. I wyszli z niej zarumienieni. To wszystko oczywiście od ciepłych podmuchów wiatru z różdżek, jednak ludzie z baru mogli pomyśleć inaczej.
                Niezrażeni, zamówili sobie po szklaneczce ognistej. Wypili płyn jednym haustem i zamówili jeszcze jedną porcję. Gadali o wszystkim i o niczym. Rozmowa była właściwie trochę bez sensu, ale ważne było to, że miło spędzali czas. Blaise w końcu opowiedział cały swój niedawno wymyślony plan. Początkowo Ginny była wszystkiemu sceptyczna, jednak dała się w końcu przekonać i obiecała pomóc Ślizgonowi. Zaczęli snuć domysły, jak ten plan zrealizować i padały coraz to ciekawsze pomysły.
                Nie zwracali uwagi na czas i zanim się zorientowali, zrobiło się trochę późno i trzeba było wracać, by nikt nie nabrał podejrzeń. Deportowali się w to samo miejsce, z którego wcześniej zniknęli i z uśmiechami na ustach wrócili do zamku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz