Strony

sobota, 24 września 2016

Rozdział 3.



Tydzień minął równie szybko, jak poprzedni i zanim Hermiona się obejrzała, wychodziła z domu, by zdążyć na Express Hogwart. Nad niebem wisiały ciężkie chmury, zwiastujące ulewę. Gryfonka weszła do ciemnego zaułka, zaraz koło jej bloku i deportowała się do innej uliczki, niedaleko dworca. Już stąd mogła zobaczyć uczniów z sowami i żabami w ręku, którzy zmierzali w podobnym do jej kierunku. Uśmiechnęła się do siebie i szybkim krokiem przemierzyła odległość dzielącą ją od budynku.
                Przeszła przez barierkę i spojrzała na czerwoną lokomotywę pociągu. Tak bardzo uwielbiała Hogwart, który teraz zastępował jej prawdziwy dom. Miała jednak świadomość, że zamek nie jest tym samym miejscem, którym był przed wojną. Nawet odnowione pomieszczenia, które wyglądają tak samo, jak wcześniej, nie oddają dawnego charakteru.
                Brunetka rozglądała się za swoimi przyjaciółmi, którzy już powinni tutaj być. Przy jednym z wejść do pociągu zauważyła Harry’ego i Rona rozmawiających z…. Blaise’m Zabinim ?! Kompletnie tego nie rozumiała. Zdezorientowana, podeszła do wyżej wspomnianej trójki, zaśmiewającej się z czegoś, co powiedział Ron.
- Eee… Cześć? Harry, Ron, gdzie jest Ginny? – Zmierzyła Ślizgona sceptycznym spojrzeniem, po czym przeniosła wzrok na przyjaciół.
- Oh, ona… nie przepada za Zabinim, wolała wejść do środka. – Wytłumaczył zakłopotany Ron.
- Wy nie idziecie?
- Zaraz do was dołączymy. – Obiecał Harry.
                Hermiona weszła do środka, zanim jednak zniknęła z pola widzenia, usłyszała miły, niski głos Blaise’a.
 - Witaj Hermiono. – Ciemnoskóry puścił do niej oczko.
- Blaise. – Skinęła mu głową i poszła szukać przyjaciółki, rozmyślając nad zachowaniem Ślizgona. Zaglądała do każdego przedziału, jednak nigdzie nie mogła znaleźć Ginny. Po drodze natknęła się na Neville’a i Lunę, rozmawiających na korytarzu. Ci dwoje chyba mieli się ku sobie. Świadczył o tym szczególnie zakochany wzrok chłopaka. Jednak z jakiegoś powodu nie przyznawali się do uczucia. Wyminęła ich i niedługo później znalazła rudowłosą przyjaciółkę. Siedziała w przedziale sama i była zdenerwowana. Gdy jej wzrok padł na Hermionę, od razu się uspokoiła.
- Cześć Hermi. – Wstała i ucałowała brunetkę w policzek.
- Hej Gin. Wiesz może, dlaczego chłopaki gadają z Zabinim? – Zapytała Hermiona i usiadła naprzeciw młodszej Gryfonki.
- Och, to ty nic nie wiesz? – Wkurzona Ginny nie zwiastowała niczego dobrego. – Poszli sobie na piwo. Harry, Ron, Malfoy i Zabini. Schlali się w trzy dupy, od tamtej pory są rzekomo przyjaciółmi.
- Żartujesz! I dlaczego nic mi o tym nie powiedzieliście? – Hermiona nie wiedziała, czy odczuwać zaskoczenie, czy może raczej złość. Jak oni mogą się bratać z tymi idiotami?
- Ron to wszystko wymyślił, bo wiedział, że ich nienawidzisz. – Ginny założyła nogę na nogę i zdeterminowanym wzrokiem patrzyła w brązowe oczy przyjaciółki.
- Świetnie, już ja sobie z nim pogadam! – Gryfonka wstała, by odszukać swojego byłego chłopaka, gdy w tym samym czasie drzwi do przedziału otworzyły się i wszedł przez nie poszukiwany, razem z Harrym.
- Ronaldzie Weasley! Co to miało znaczyć? I czemu mi nie powiedzieliście? – Popatrzyła z wyrzutem na przyjaciół.
- Bo wiedzieliśmy, że będziesz zła. Nie złość się Miona, to było tylko jedno piwo. – Ron popatrzył w te piękne czekoladowe tęczówki łagodnym wzrokiem.
- Jedno piwo! – Prychnęła Ginny. - Już widzę to jedno piwo w waszym wykonaniu!
- Nie kłóćcie się! To bez znaczenia. – Zainterweniował Harry. – Wybacz Hermiona, nie chcieliśmy ci mówić, bo wiedzieliśmy, że się zezłościsz. Ale oni naprawdę są w porządku. Serio. – Odpowiedziało mu prychnięcie, jednak je zignorował. – Słuchajcie, cieszmy się tym ostatnim wolnym dniem lata.
- Ja idę na patrol. – Odparła Hermiona i wyszła z przedziału. W głowie jej się nie mieściło, że jej przyjaciele bratają się z wrogiem.  Ale najwyraźniej oni nie uważali się za wrogów. Wojna minęła, czasy się zmieniły. Ludzie najwyraźniej też.
                Doszła do przedziału, w którym znajdowali się już wszyscy prefekci i drugi prefekt naczelny. Był nim Malfoy. Wszyscy siedzieli razem z profesorem Slughornem, który przydzielał po kolei patrolowanie poszczególnego wagonu każdej parze. O dziwo, prefekci naczelni nie dostali przydziału. Profesor powiedział im jedynie, że po kolacji mają się stawić w gabinecie dyrektora. Pożegnali się i wyszli.
- Szykuj się na interesujący rok, Granger. – Powiedział cicho Malfoy i z kpiącym uśmieszkiem wyminął Gryfonkę, by pójść do swoich znajomych.
                Hermiona jakoś niespecjalnie się tym przejęła. Zamierzała udowodnić Ślizgonowi, że umie się odgryźć. Wróciła do przyjaciół. Reszta podróży minęła im spokojnie. W międzyczasie rozpadał się deszcz i ulewa zamieniła się w burzę. Dlatego kiedy wychodzili z pociągu, towarzyszyły im grzmoty i błyskawice.
- Ej, Potter, uważaj, żeby nie trafiło cię po drugiej stronie czoła! – Zakpił Draco Malfoy i razem z Zabinim zaczęli się śmiać. Ta kąśliwa uwaga nie miała jednak na celu rozzłościć bliznowatego.
- Dzięki za troskę, Malfoy! Ty uważaj, żebyś przypadkiem do mnie nie dołączył. – Odpowiedział mu Harry i uśmiechnął się. Chłopaki przybili sobie piątki i Ślizgoni razem z Pansy Parkinson i Teodorem Nottem poszli poszukać wolnego powozu. Czwórka Gryfonów poszła za ich śladem.
                Hermiona szczerze współczuła pierwszakom, którzy tradycyjnie płynęli do zamku na łodziach. Aczkolwiek powóz też nie dawał schronienia przed deszczem i ostatecznie wszyscy uczniowie przyszli na ucztę przemoknięci do suchej nitki. W wejściu czekał na nich profesor Flitwick, którzy rzucał zaklęcie suszące na młodszych uczniów.
                Wszyscy powoli schodzili się do Wielkiej Sali i zasiadali przy swoich stołach, by zacząć rozmowy o wakacjach, czy nadchodzącym roku szkolnym. Nie brakowało też szmerów na temat tych, których zabrała ze sobą wojna. Gwar rozmów ucichł, gdy do Sali wszedł Hagrid prowadzący za sobą pierwszorocznych. Uczniowie zgromadzili się przed profesorem Flitwickiem, który miał w ręku listę. Po kolei wyczytywał każdego pierwszaka, a tiara przydzielała mu właściwy dom.
                Po ceremonii przydziału profesor McGonagall wyszła przed stół nauczycielski i dała uczniom chwilę, by ucichły rozmowy.
- Witam wszystkich serdecznie w tym nowym roku szkolnym. Jak wszyscy doskonale wiecie, niedawno miała miejsce wielka wojna, podczas której został pokonany czarnoksiężnik, Lord Voldemort. Ów czarodziej czynił ogromne zło w naszym świecie, terroryzował i zabijał ludzi. Z rąk jego zwolenników zginęło wiele naszych uczniów i uczennic. Uczcijmy  pamięć o nich minutą ciszy. – Wszyscy zdjęli z głowy swoje tiary, Wielka Sala pogrążyła się w ciszy. Tu i ówdzie można było zauważyć osoby cichutko łkające, które nie mogły się pogodzić ze stratą przyjaciół. – Dziękuję. Nowych uczniów pragnę poinformować, że nie wolno pod żadnym pozorem wchodzić do Zakazanego Lasu. Koło gabinetu pana Filcha jest wywieszona lista z zakazanymi produktami ze sklepu Weasleyów. Kapitanowie drużyn Quidditcha powinni zgłosić się w najbliższym czasie do opiekunów swoich domów, by ustalić termin eliminacji do drużyny. A na koniec… powitajmy gromkimi brawami nowego nauczyciela obrony przed czarną magią, profesora Andrew Loyd, a także nauczycielkę mugoloznawstwa, profesor Judy Nixon. A teraz, smacznego. – Dyrektorka uśmiechnęła się do wszystkich. Wraz z końcem jej monologu na stołach pojawiły się góry jedzenia. Sama zasiadła do stołu.
                W Wielkiej Sali ponownie rozbrzmiał gwar rozmów i śmiechu. Uczniowie z przejęciem opowiadali różne historie, przerywane skosztowaniem jakiegoś pysznego dania. Po kolacji przyszedł czas na deser. Całe masy lodów, ciast i ciasteczek pojawiły się przed łasuchami. Jednak niedługo potem na wszystkich twarzach pojawiło się zmęczenie. Dyrektorka pożegnała uczniów i sama poszła do swojego gabinetu, wyczekując dwójki prefektów naczelnych i zastanawiając się, czy aby na pewno dobrze zrobiła, wybierając właśnie ich. Jednak nie dało się ukryć, że to oni mieli na swoim roku zdecydowanie najlepsze oceny i zarobili przez te kilka lat najwięcej punktów dla swoich domów.
                Teraz w pomieszczeniu zapanował zamęt, wszyscy tłoczyli się do wyjścia. Wśród nich był też pewien blondwłosy Ślizgon, który miał iść do gabinetu dyrektorki. Osobiście nie podobało mu się, że drugim prefektem naczelnym jest Granger, ale z drugiej strony, będzie spędzał z nią dużo czasu i na pewno pod koniec roku Gryfonka załamie się nerwowo. Satysfakcjonujący uśmiech zagościł na jego twarzy. Stanął przed kamiennym gargulcem i… zdał sobie sprawę z tego, że nie zna hasła. Wybawiła go sama pani dyrektor, która dopiero teraz przyszła. Podała hasło i oboje wspięli się na górę. Draco zajął fotel przed biurkiem. Nie zdążył nawet przyjrzeć się dokładnie pomieszczeniu, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
- Wejdź, proszę. – powiedziała nauczycielka. Hermiona weszła i usiadła w fotelu obok Ślizgona, posyłając mu nienawistne spojrzenie. – Cieszę się, że oboje już tu jesteście. Chciałabym omówić z wami kwestię patroli. Na ogół zajmują się tym poszczególni prefekci domów, jednak w tym roku ta funkcja należy do was. Wierzę, że jesteście na tyle odpowiedzialni, by nie robić żadnych głupot. Patrole odbywają się w poniedziałki, środy i piątki od 22:00 do północy. Jako prefekci naczelni, posiadacie własne dormitorium, znajdujące się na 5 piętrze koło łazienki prefektów. Wiecie już, że możecie dodawać i odejmować punkty uczniom, którzy na to zasłużyli. Mam nadzieję, że będziecie dawać dobry przykład i udowodnicie, że nie myliłam się co do was. – Tu nauczycielka spojrzała srogo na dwójkę prefektów. – Zaprowadzę was teraz do nowego dormitorium.
              Całą trójką udali się 5 piętro. Po drodze Draco i Hermiona prowadzili bitwę na spojrzenia. Gryfonka bardzo chciała protestować, co do wyboru pani dyrektor, jednak za długo znała opiekunkę swojego domu, by wiedzieć, że nic to nie da. Pogodziła się z tym i spojrzała ukradkiem na swojego współlokatora, który bezwstydnie wlepiał w nią gały. Posłała mu mordercze spojrzenie, jednak odpłacił się jej podobnym. Walczyli tak, póki nie doszli do portretu ukazującego trzy szczupłe kobiety, z których pierwsza była zła, druga radosna, a trzecia smutna.
- Hasło do waszego dormitorium to bąblogłowy. – Wraz z wypowiedzeniem tych słów portret odsunął się i ich oczom ukazał się średniej wielkości, przytulny pokój.
                Jego ściany miały jasnobeżowy pokój, a podłoga wykonana była z ciemnego brązu. Zdobił ją dywan z wyszytym godłem Hogwartu. Naprzeciw wejścia znajdował się szmaragdowy kominek, przed którym stała bordowa kanapa i dwa fotele oraz mały stolik. Po obu stronach kominka były drzwi, zapewne prowadzące do sypialni prefektów. W pomieszczeniu znajdowała się jeszcze biblioteczka i barek. Idealnie, pomyśleli w tej samej chwili uczniowie.
- Zazwyczaj dormitorium prefektów naczelnych znajdowało się na czwartym piętrze, – zaczęła dyrektorka – jednak w tym roku, razem z innymi nauczycielami ustaliliśmy, że posłuży w tym celu pomieszczenie nie używane chyba od czasów samych założycieli Hogwartu. Dawniej mieściło się tu miejsce zwane Salą Obrad. Salazar Slytherin, Godryk Gryffindor, Helga Hufflepuff i Rowena Ravenclaw spotykali się tu, aby podejmować najważniejsze dla zamku decyzje. Istnieje pewna legenda, która głosi, że założyciele zostawili zarówno w tym pomieszczeniu, jak i w całym zamku pewne wskazówki, które prowadzą do zaginionego skarbu, wymyślonego podczas jednej z obrad. Są to jednak tylko legendy. Pokój został dokładnie zbadany przez historyków i specjalistów i nie znaleziono w nim żadnych informacji pozostawionych przez słynnych czarodziejów. Miejsce zostało odnowione w czasie remontu zamku na tych wakacjach i od dzisiaj będzie waszym prywatnym dormitorium. Wasze rzeczy czekają na was w pokojach. Dobranoc. – To powiedziawszy, McGonagall opuściła pomieszczenie i uczniowie zostali w nim sami. Zapadła krępująca cisza.
                Hermiona czuła się niekomfortowo, więc rzucając krótkie spojrzenie w stronę jej wroga, wyminęła go i poszła do swojego pokoju. Był urządzony w kolorach czerwieni i złota. Bardzo się jej spodobał. Położyła się na ogromnym łóżku i zaczęła rozmyślać. Nigdy nie słyszała o legendzie, którą przed chwilą opowiedziała im dyrektorka. Nigdy nawet nie słyszała o pomieszczeniu zwanym Salą Obrad. Czuła się wyjątkowo w tym miejscu, kiedy pomyślała, że dawniej przesiadywali tu sami założyciele zamku. Ale ta informacja sprawiała, że miejsce stawało się bardziej tajemnicze.
                Gryfonka myślała też o dotychczasowym zachowaniu pewnego Ślizgona. Miał już tyle okazji, a jeszcze ani razu nie przezwał jej. Czyżby się zmienił ? Może znudziły mu się te dziecinne gierki w szlamę i arystokratę? Wszystko to było dla niej nowe i niezrozumiałe. Wiedziała, że ten rok będzie wyjątkowy, ale nie wiedziała jeszcze, pod jakim względem.
                Leżąc tak, poczuła niesamowite zmęczenie. Dlatego wyciągnęła z kufra piżamę i udała się do łazienki, by wziąć długą, odprężającą kąpiel.
***
                W tym samym czasie Draco rozglądał się trochę po ich Pokoju Wspólnym. Miłym zaskoczeniem było dla niego, że chodził tutaj sam Slytherin, ale musiał przyznać, że taką legendę słyszał pierwszy raz. Niesamowicie byłoby, gdyby jednak założyciele zamku zostawili po sobie jakiś skarb.
                Zajrzał do nieźle zaopatrzonego barku. Nalał sobie do szklanki ognistej i usiadł na kanapie. Miał nadzieję, że niebawem odwiedzi go jego najlepszy kumpel i uczczą razem ten nowy rok szkolny i nowe dormitorium. Tymczasem siedział tutaj sam, bez kumpli, gapiąc się w kominek, który notabene się nie palił, i nie wiedział, co mógł zrobić dzisiejszego wieczoru. Ogarnęło go jednak zmęczenie, więc odstawił szklankę na stolik i poszedł do swojego pokoju, by wziąć szybki prysznic i móc położyć się spać.
***
                Gdzieś w innej części zamku dwójka uczniów skradała się na palcach, by dotrzeć do wyznaczonego miejsca spotkania. Nie marnowali czasu na sen, tak bardzo za sobą tęsknili, mimo, że niedawno się widzieli. Mężczyzna ujrzał blond włosy i na jego twarz od razu wstąpił uśmiech.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem. – Po tych słowach objął ją mocno i wpił się w jej usta.
                Uczniowie nie mieli jednak pojęcia, że byli obserwowani przez wychowanka domu węża, który przypatrywał się tej scenie z nienawiścią w oczach. 

*** 
Cześć czarodzieje! Jest już 3 rozdział, wraz z nim nowe miłosne dylematy. Pojawiły się pierwsze komentarze, za które serdecznie dziękujemy i zachęcamy do większej aktywności. Jesteśmy oczywiście otwarte na wszelką krytykę ;) I przypominamy, że wersja dostępna także na wattpadzie.

Niklaus & Azazel
 

sobota, 17 września 2016

Rozdział 2.



Dla Draco ten dzień zaczął się, jak każdy inny. Czyli o 11:00. Wczoraj razem z Blaise’m trochę popili i kumpel pożegnał się z nim dopiero koło 3 nad ranem. Dziś znów miał go odwiedzić, tym razem ze swoją matką, Eleanor Zabini. Rodzice obu Ślizgonów mieli omówić kwestię ich przyszłych żon, które panowie już dawno powinni sobie wybrać. Jednak nie zależało im na tym szczególnie. Blaise mówił ostatnio na ten temat „Byle by nie była cnotką-niewydymką, to może być Panią Zabini”. Warto wspomnieć, że mówił to pod wpływem silnie odurzających środków. Draco także miał obojętny stosunek do tej sprawy.
                Jednak teraz nie rozmyślał o swojej przyszłej żonie. Marzył o eliksirze na kaca. Wziął zimny prysznic i owinąwszy się ręcznikiem, wrócił do pokoju po świeże ubrania. Nie spodziewał się jednak zobaczyć tam swojej matki.
- Ubierz się. – Popatrzyła na niego krytycznym wzrokiem, jednak zdradził ją cisnący się na usta uśmiech. – I zejdź na dół, ja i twój ojciec musimy z tobą porozmawiać. – Narcyza Malfoy popatrzyła na niego ostatni raz i wyszła z pokoju.
                Draco zszedł na dół 5 minut później, z narastającym bólem głowy. Wszedł do jadalni i spojrzał na swojego ojca, czytającego gazetę i matkę, pijącą kawę. Przy stole było jedno nakrycie. Usiadł i zaczął powoli spożywać jajecznicę, z zainteresowaniem wyczekując, czego chcą od niego rodzice. Jednak ich miny nic nie wyrażały. Zorientował się, że sam musi zacząć rozmowę.
- Wydaje mi się, czy coś ode mnie chcieliście? – Zapytał niewinnym tonem. Wzrok ojca, który na nim spoczął, sprawił, że Draco zaczął wyliczać w myślach swoje ostatnie grzechy. Trochę tego było.
- Chcieliśmy. – Potwierdził Lucjusz, czym zaskoczył swojego syna.
- Więc już nie chcecie?
- A kto tak powiedział? – Ostry ton Narcyzy kolidował z rozbawionym spojrzeniem.
- No wy. Dosłownie przed chwilą. – Najmłodszy Malfoy zdawał sobie sprawę, że słowne gierki jedynie przeciągają czas, jaki dzielił go od tragicznej rozmowy, która w efekcie może się zakończyć śmiercią.
- Daruj sobie. Bardzo chcielibyśmy razem z matką dowiedzieć się, gdzie byłeś 2 tygodnie temu? – Zapytał Lucjusz. Tak naprawdę miał ochotę wybuchnąć śmiechem, patrząc na pół przerażoną, pół poważną minę swojego syna. Powstrzymywał się resztkami sił.
- Eee… u ciotki Lysandry. – Odparł. Jego matka natychmiast wykryła to wahanie w głosie.
 - U ciotki Lysandry, powiadasz? – Lucjusz nie dawał za wygraną. – W takim razie wyobraź sobie, że ciotka Lysandra przysłała nam wczoraj list.
- Taak? I co u niej ? – Zaraz wszystko się wyda.
- Och, świetnie. Przepraszała nas znowu, że nie mogłeś do niej przyjechać 2 tygodnie temu, ponieważ miała służbowy wyjazd. Bardzo chętnie zapraszała cię jednak za rok. – Narcyza świetnie się bawiła, szczególnie patrząc na minę Dracona. – Odpisałam jej, że wpadniesz do niej na CAŁE przyszłe wakacje i chętnie pomożesz jej wtedy w stadninie. Pamiętasz raczej, że konie nie lubią magii i wszystko robi się przy nich ręcznie?
- Co?! Przez całe następne lato mam zbierać końskie gówna? – Przerażenie spowodowane wydaniem się prawdy nagle przerodziło się w prawdziwe oburzenie. – To jakieś kpiny! Nie możecie mnie zmuszać, jestem dorosły!
- Szczególnie ostatnio nam to udowadniasz. – Odparł z kpiną w głosie Lucjusz. – Cyziu, na pewno spakujesz Draconowi te urocze rękawice w kwiaty.
- Och, te z ręcznie zdobionymi końcówkami? Tak, to świetny pomysł.
- Ja postaram się kupić mu jakiś fartuch. Lysa pisała, że jej konie uwielbiają różowy kolor.
- Idealnie. W końcu będzie mógł odpocząć na wsi. Może będzie tam jeszcze ta miła dziewczyna z sąsiedztwa. – Narcyza nagle doznała olśnienia. – Lucjuszu, a może to ona powinna zostać żoną dla naszego syna? Jest świetna.
- Masz rację! Że też wcześniej o niej nie pomyślałem. – Lucjusz nie mógł powstrzymywać się dłużej i wybuchł śmiechem. Chwilę później dołączyła do niego Narcyza.
- Nie będziecie mnie traktować jak dziesięciolatka! Wyprowadzam się. – Draco wstał i z obrażoną miną udał się w kierunku wyjścia.
- Nie skarbie, nie wyprowadzasz się. – Odparła wesoło Narcyza. Uwielbiała denerwować swojego pierworodnego. – Wróć na kolację.
- I masz być trzeźwy! – Dodał Lucjusz. Tymczasem zdenerwowany Draco przystanął i odwrócił się do rodziców.
- Wiecie, gdzie ja mam te wasze zasady? W du… - Zrezygnował z dokończenia zdania, napotykając ostre spojrzenie Lucjusza, które wzbudziło w nim poczucie skruchy.  – Będę o 18:00. – Dodał obrażonym tonem i wyszedł.
***
                Miał dzisiaj do załatwienia kilka spraw. Najważniejszą z nich polecił jednak wykonać Blaise’owi, który, jak zapewniał, świetnie się na tym znał. Znajdował się teraz w ciemnej uliczce, przy pewnej ulicy, koło pewnego bloku, obserwując pewną osobę.
***
                Kilka godzin później Draco spokojnym krokiem przemierzał ulice Londynu. Szukał miejsca, w którym usiądzie i na spokojnie przemyśli swoje zachowanie. Wiele się zmieniło w te wakacje. Przede wszystkim Azkaban. Spędził tam aż 3 tygodnie i jest w 100% pewny, że to były 3 najgorsze tygodnie jego życia. I zawsze będą. Myślał, że postrada tam zmysły. Pod koniec zaczął nawet świrować, gdy wtem zjawił się Potter i obiecał go wyciągnąć z tego bagna. To była jedyna myśl, która utrzymywała go wtedy przy życiu. I udało się.
                Nie spodziewał się, że na rozprawę przyjdzie Granger. Nie wierzył też, że stanie ona w jego i jego rodziców obronie. Jeszcze nikomu się do tego nie przyznał, ale samemu Merlinowi dziękował za to, co powiedziała. Popatrzył na nią chyba najbardziej wdzięcznym wzrokiem, na jaki było go wtedy stać. Od tamtej pory czasami o niej myślał. Ale nie wiedział, co wymyślić. Bo z jednej strony dalej jej nienawidził, ale z drugiej nie mógł już jej nazwać szlamą, nawet w myślach. Z jednej strony zawsze będzie dla niego kujonicą nie wartą uwagi, ale z drugiej, gdyby nie ona i Potter, teraz nie stąpałby po ziemi.
                Tak właściwie z Potterem już się pogodzili. Zaprosił go na ognistą niedługo po tym, jak uwolnił się od Azkabanu. Panowie napili się, wyjaśnili sobie kilka kwestii. Potem dołączyli do nich Blaise i Ron. Ostatecznie całą czwórką wylądowali w mugolskim klubie ze striptizem, ale policzki Rona z każdą chwilą przypominały kolor jego włosów, więc odpuścili sobie. W każdym razie, warto wywnioskować, że między nimi jest już rozejm. W pewnym sensie. Bo uściśnięcie ręki nie oznacza, że nagle stworzą fanklub Pottera. Co to, to nie. Ale nie zaszkodzi, jak spotkają się czasem i napiją razem. Z tego rudzielca to nawet niezły zawodnik, pomyślał Draco, na pewno umie wypić więcej niż Potter.
                Draco pogrążony we wspomnieniach nie zauważył nawet, kiedy doszedł do parku. Jego rozmyślania przerwał głośny, kobiecy pisk. Gwałtownie zatrzymał się i odwrócił głowę w stronę tego nieprzyjemnego odgłosu.
                Zauważył mężczyznę, który zaciągał jakąś kobietę auta. Przytrzymywał ją tak, żeby nie krzyczała, ale najwyraźniej musiała ugryźć go w rękę, bowiem facet wyklinał ją teraz i machał tą ręką. I kto by pomyślał, że jest rudy, stwierdził do siebie Draco. Natychmiast ruszył w tamtym kierunku. Jak się okazało, od złoczyńcy było czuć silny odór alkoholu. Podbiegł i uderzył go w szczękę. Facet chcąc nie chcąc, musiał puścić zapłakaną kobietę, która potknęła się o własne nogi i upadła. Kątem oka Draco zauważył, że nagle zmaterializowała się obok niego Granger, która już pomagała wstać ofierze. Z kieszeni wyciągnęła jakieś płaskie pudełko, mieszczące się w dłoni i zaczęła po nim klikać. Nie miał jednak czasu, by obserwować, co robi Gryfonka.
                Jeszcze kilka razy uderzył rudego mężczyznę, zanim jakieś silne ramiona odciągnęły go od zbira. Był to świadek wypadku. Rzucił mordercze spojrzenie w stronę rudego i popatrzył na Granger, która teraz przyciskała pudełko do ucha i chyba do niego mówiła. Nie miał pojęcia, co ona robiła, jednak nie to było teraz najważniejsze. Jego wzrok trafił na ofiarę tego wypadku. Podszedł do niej i łagodnym głosem zapytał
- Nic pani nie jest? Jak się pani czuje?
- D-dobrze. – Kobieta była roztrzęsiona. Jego zdaniem mogła mieć najwyżej 25 lat.
                Nagle usłyszał jakieś potworne wycie. Już  miał wyciągać różdżkę, kiedy napotkał ostrzegawcze spojrzenie Granger. Podjechał samochód i wysiadł z niego jakiś stary facet w dziwnym przebraniu. Jak się później dowiedział, był to ponicjalt.                 Coś w rodzaju Aurora. Facet popytał wszystkich, którzy tam byli, co się przed chwilą wydarzyło, zapisał coś w notesie i zabrał pijanego rudego.
                Zauważył, że Hermiona, której wzrok wcześniej był na nim chwilę skupiony, zaczęła odchodzić w kierunku, z którego niedawno przybył.
- Granger. – Wymsknęło mu się, zanim zdążył się powstrzymać. Gryfonka odwróciła się w jego stronę z pytającym spojrzeniem.
- Co ? – Odpowiedziała wyzywająco.
- To tak ładnie witasz starych znajomych? – Zakpił.
- Gdybyś był godny uwagi, to może i bym się przywitała. – Skwitowała to pogardliwym wzrokiem i odwróciła się na pięcie, by odejść w tylko sobie znanym kierunku. Nie byłby sobą, gdyby nie poszedł za nią.
- Więc śmiesz twierdzić, że nie jestem godny uwagi? Jesteś pewna, że nikt nie potraktował cię jakimś imperiusem, albo innym paskudztwem? – Wyprostował się dumnie. Uwielbiał potyczki słowne.
- Nie mówisz tego przypadkiem o sobie? Bo jesteś dzisiaj jakoś nadzwyczaj głupi. – Hermiona nie poddawała się bez walki.
- Och, czyli przyznajesz, że na co dzień jestem mądry? Miła odmiana, w przeciwieństwie do ciebie. – Popatrzył na nią z góry, jako że był wyższy.
- Wiesz, uważam, że powinieneś mniej przebywać na słońcu, bo wypaliło ci wszystkie szare komórki, a raczej marne resztki. Chociaż… teraz i tak nie masz nic do stracenia, postukaj się po głowie, to usłyszysz echo. – Gryfonka przyspieszyła kroku. Chciała się uwolnić od natrętnego towarzystwa. Przez cały ten czas nie mogła jednak wyzbyć się wrażenia, że to pierwsza taka jej rozmowa ze Ślizgonem, w której nie padło ani jedno przezwisko. Jeszcze.
- Czekaj, może najpierw przetestuję na twojej? – Odgryzł się blondyn.
- Marzenie ściętej głowy. – Draco już chciał odpowiedzieć jej pięknym za nadobne, gdy usłyszał jakiś dziwny, głośny dźwięk. Automatycznie dobył różdżki z kieszeni.
                Hermiona też do swojej sięgnęła, ale zamiast magicznego patyka, wyciągnęła z niej jedynie to płaskie pudełko, do którego wcześniej mówiła. Właśnie to było dźwiękiem przeraźliwego wycia. Niewiele myśląc, wytrącił przedmiot z ręki Gryfonki, który upadł na ziemię.
- Co ty robisz? Zwariowałeś?! – Hermiona nie kryła oburzenia. Podniosła telefon. Na szczęście wyszedł z tego cało, ale się wyłączył.
- Uratowałem ci życie! Trzymasz takie coś w kieszeni? A co, jak to wybuchnie? Już piszczało, to pewnie jakaś bomba – Draco przejął się nie na żarty. Tym bardziej zdziwiło go zachowanie dziewczyny, która zaczęła się śmiać.
- To telefon, idioto. – Odparła.
- Tefe… co? – Pierwszy raz słyszał o czymś takim i wcale mu się to nie podobało.
- Telefon. Można przez niego rozmawiać, będąc w różnych miejscach ze swoim rozmówcą. – Zdezorientowana mina Ślizgona sprawiła, że zaczęła znów chichotać.
- Ostatni raz jestem w mugolskim świecie. Najpierw jakiś ponicjalt, teraz tefeton… I co jeszcze? Więcej niezrozumiałych nazw i pisków? – Poprzekręcane słowa wywołały jeszcze głośniejszy śmiech brunetki. Nawet miłe dla ucha, stwierdził Draco w myślach, ale zaraz zbeształ się za tą myśl. – A z resztą, nie ma co marnować czasu na spacerki z Gryfiakami. Same kłopoty z wami. – Powiedziawszy to, chłopak zostawił Hermionę samą.
                Bardzo poprawił jej humor, czego w sumie ostatnio potrzebowała. Żyła w ciągłej rutynie, która stawała się nudna. Poza tym, to było pierwsze ich spotkanie od czasu rozprawy. Uwadze Hermiony nie umknęło, że nie wyzwał jej ani razu i w ogóle zachowywał się inaczej. Milej. Jeśli nawet w Ślizgonie potrafi zajść tak radykalna zmiana, to jak będzie wyglądał rok szkolny? Czy dalej będzie mnóstwo wyzwisk i morderczych spojrzeń ? To wszystko było dla niej zagadką. Ale Hermiona lubi rozwiązywać zagadki. Tą też rozwiąże. 

*** 
Dobry wieczór! Jak wam minął kolejny tydzień szkoły? Nam raczej szybko, ale zaczyna się piekło ze sprawdzianami, jak to w technikum. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! :) Co myślicie o tym rozdziale? Prosimy o komentarze <3 
Pozdrawiamy 
Niklaus & Azazel

sobota, 10 września 2016

Rozdział 1.



1 września nadciągał wielkimi krokami. Zostało tylko 7 dni i Hermiona znów ujrzy ten wspaniały zamek, w którym tyle się wydarzyło. Każda przygoda, którą przeżyła tam z Harrym i Ronem, zapadła jej w pamięć i każdą chciałaby kiedyś opowiedzieć swoim dzieciom. Z przemyśleń wyrwał ją odgłos dzwonka. Szybkim krokiem przemierzyła swoje małe mieszkanie, które niedawno kupiła i otworzyła drzwi, za którymi materializował się nieznany jej człowiek.
- Dzień dobry, pani Hermiona Granger? – Zapytał mężczyzna, na oko w jej wieku.
- Tak. O co chodzi? – Brunetka nie kryła zaskoczenia w głosie.
- Przesyłka do pani. Proszę podpisać. – Dozorca wskazał miejsce, a Hermiona zamaszystym ruchem złożyła swój autograf i podał jej podłużną paczkę. – Dziękuję, do widzenia.
- Do widzenia. – Zainteresowana, udała się do salonu z wąską paczką, w zasadzie pudłem. Otworzywszy je, ujrzała różę. Jedną, pojedynczą, czerwoną różę, spoczywającą na jedwabnym materiale. Do prezentu była dołączona jedynie karteczka z pierwszą literą jej imienia. Nie była w stanie stwierdzić, od kogo mogła dostać ten prezent.
                Nie miała jednak pojęcia, że była obserwowana przez pewnego mężczyznę, stojącego nieopodal bloku, w którym mieszkała. Obserwował on uważnie reakcję Gryfonki, a na jego twarzy gościł przymilny uśmiech.
***
                Hermiona włożyła różę do wazonu i przyglądała się jej jeszcze chwilę, a potem poszła się przebrać. Była umówiona z Ginny i chłopakami na zakupy na Pokątnej. Za pół godziny mieli się spotkać w Dziurawym Kotle, by razem przejść przez magiczne przejście. Wyszła z budynku i deportowała się w ciemnej uliczce obok. Przyjaciele już na nią czekali. Wymieniła z każdym uścisk i poszli na zakupy.
- Muszę kupić sobie jakiegoś nowego zwierzaka. – Powiedział Harry. Nie krył smutku po utracie Hedwigi.
- Pójdę z tobą, ja też chciałabym sprawić sobie coś małego, po tym, jak nie ma Krzywołapa. – Hermiona chciała wesprzeć przyjaciela. W rzeczywistości nie była tak przejęta zaginięciem swojego kota, jak Harry śmiercią ukochanej sowy.
- Marzę o lodach. – Powiedział Ron. Jego mina wiele wskazywała. – Dzisiaj jest tak gorąco… Szkoda, że nie otworzyli ponownie tej lodziarni u Fortescue.
- Ty to byś tylko jadł. – Ginny popatrzyła na brata krytycznym okiem. Chociaż nie mogła ukrywać, że jest dużo chudszy, niż przed wyprawą.
- Nie marudź. – Zaperzył się najmłodszy z braci Weasleyów. – Chodźmy już do tego sklepu.
                Z zakupami uwinęli się w dwie godziny. Tak, jak wcześniej zauważył Ronald, ten dzień był bardzo gorący i niemal bezchmurny. Dlatego udali się do Dziurawego Kotła na lemoniadę. Ku zaskoczeniu wszystkich, Harry zamówił ognistą whiskey z lodem. Nawet Ron nie krył zdziwienia.
- No co? W tym roku zamierzam pokazać wszystkim, że nie jestem posłusznym pupilkiem nauczycieli. – Odparł hardo Wybraniec.
                Nie w nim jednym zaszła zmiana. Cała czwórka zdawała się być doroślejsza. Wydarzenia z ostatniego czasu wszystkich ukształtowały, pokazały ich dobre i złe strony. Jednak to nie zmieniało faktu, że nadal pozostawali sobą, wspaniałymi przyjaciółmi.
- Ja też chciałbym się zmienić – Ron zapatrzył się w jakiś punkt rozmarzonym wzrokiem. – Chciałbym, żeby wszyscy się mnie bali. Może przemaluję włosy na czarno ? – Wtem pozostała trójka Gryfonów wybuchła gromkim śmiechem. Żadne z nich nie wyobrażało sobie rudowłosego chłopaka w innym kolorze. – Jeszcze zobaczycie! – Zdenerwował się Ron i wyszedł, wcześniej dodając – Dajcie mi pół godziny!
- On chyba zwariował! – Zaśmiewała się Hermiona.
- Mama go zabije, jak go zobaczy. – Chichotała Ginny. – Chętnie zobaczyłabym jej reakcję.
- A może będzie wyglądał całkiem nieźle? Skąd wiecie. – Bronił przyjaciela Harry.
                Ron wrócił po obiecanych trzydziestu minutach, oczywiście w czarnych włosach. Jedynie gdzieniegdzie prześwitywały jego dawne, rude włosy. Wszyscy patrzyli na niego oniemiali, nie wierząc, że ich przyjaciel naprawdę zgodził się na coś takiego.
- Wow! Ron, ty…. – Zaczął Harry
- Ron, wyglądasz naprawdę… - Hermionie też jakby odebrało mowę.
- Idiotycznie. – Dokończyła za wszystkich Ginny. Nie miała zamiaru bawić się z bratem w kotka i myszkę.
- Nie mów tak! Ron wygląda po prostu… inaczej – Hermiona nie wiedziała, jak wybrnąć z tej sytuacji. Ten kolor nie do końca leżał jej przyjacielowi.
                Ku zdziwieniu wszystkich, Ron zaczął się głośno śmiać. Pozostali patrzyli na niego, nie kryjąc zdumienia.
- Wasze… miny… były… bezcenne – Każdej przerwie towarzyszył wybuch śmiechu, który po chwili wszyscy podchwycili. - Żartowałem z tymi włosami, został na nie rzucony specjalny czar. – Ron nie krył uśmiechu. Machnął różdżką, a jego włosy przybrały dawny, naturalny kolor. – Ale nie możecie zaprzeczyć, że wyglądałem odjazdowo!
- Masz rację stary, tego zaprzeczyć nie możemy – Harry poklepał przyjaciela po plecach i wyszczerzył do niego zęby.
                Mogliby tak rozmawiać godzinami, jak za dawnych lat. Zawsze znajdowali mnóstwo tematów. Jednak rudzielce obiecali pomóc Molly Weasley w domu i musieli wracać. Harry i Hermiona też po chwili pożegnali się i każde poszło w swoją stronę. Jednak Hermiona nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jej przyjaciel z blizną na czole miał smutny wyraz twarzy. Tylko czym owy grymas był spowodowany?
                Gryfonka wracała do domu na piechotę. Przeszła przez park, podziwiając promienie słońca odbijające się w jeziorze przy parku. Jakiś mały blondynek karmił łabędzie pływające w wodzie. Nagle jej myśli powędrowały w kierunku trochę większego blondyna, którego przecież tak bardzo nie lubiła.
***
3 tygodnie wcześniej
Hermiona obudziła się dzisiaj wcześniej, niż zazwyczaj. Wzięła szybki prysznic, wypiła kawę i już o 7:00 wyszła z domu. Czekało ją mnóstwo pracy. Najpierw musiała zrobić jakieś zakupy, ponieważ jej lodówka świeciła pustkami, a poza tym chciała przygotować skromne przyjęcie dla Harry’ego, który nazajutrz obchodził urodziny. Dlatego też udała się do pobliskiego sklepu i szybko uwinęła się z zamierzonym zadaniem.
             Potem wysłała swoje zakupy do mieszkania, a sama deportowała się do Hogsmeade. Musiała odwiedzić profesor McGonagall i porozmawiać z nią w kwestiach dalszej odbudowy zamku. Miała też dla niej pewną propozycję.  Spokojnym krokiem szła do zamku. Już z dala widziała nauczycieli i uczniów, którzy robili ostatnie poprawki na błoniach. Wszystko wyglądało, jak dawniej. Gryfonka uśmiechnęła się mimowolnie. Bardzo tęskniła za tym miejscem, za lekcjami i nauką. Brakowało jej szkolnej rutyny i była głodna nowej wiedzy. Profesor McGonagall znalazła przy wejściu do szkoły. Kobiety przywitały się i udały się do gabinetu dyrektora.
 - Zjednoczenie – głosiło hasło. Kamienny gargulec usunął się i panie weszły po schodkach do okrągłego pomieszczenia. Prawie w ogóle nie zmieniło się ono, odkąd królował tutaj Dumbledore. Jedyną różnicą była osoba zajmująca biurko dyrektora i nowy portret, ukazujący profesora Snape’a.
- Panno Granger, co panią do mnie sprowadza? – zapytała uprzejmie McGonagall, kiedy usiadła za biurkiem zawalonym papierami.
- Chciałam zapytać, czy moja ostatnia propozycja jest nadal aktualna? – Pani dyrektor nie mogła nie dostrzec błysku w oczach jej wychowanki.
- No cóż, jeśli o to chodzi…
~~~~~~~~
                Rozmowa trwała ponad godzinę. Jednak Hermiona wyszła z gabinetu całkiem usatysfakcjonowana. Z lekkim uśmiechem na twarzy kierowała się w stronę wyjścia. Była teraz oczekiwana gdzie indziej. Otwierając drzwi frontowe, omal nie wpadła na bliźniaczki Patil, które przybyły, by pomóc w odnowie zamku. Dziewczyny krótko ze sobą pogadały, jednak Hermiona musiała je opuścić. Za chwilę się spóźni. Szybszym krokiem udała się znów do wioski, by deportować się do Ministerstwa Magii. Tam zjechała windą na sam dół, do Sądu, by uczestniczyć w rozprawie o uniewinnienie Malfoyów. Wierzyła, że jej odwieczny wróg Draco jest niewinny, czego niestety nie mogła powiedzieć o jego rodzicach. Poza tym, robiła to jedynie dla Harry’ego, który gorąco ją o to prosił.
                           Kiedy weszła na salę, rozprawa już się zaczęła. Minister Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Mafalda Hopkirk była w trakcie przepytywania Lucjusza. Hermiona weszła na salę niepostrzeżona, jak jej się wydawało. Usiadła na ławie koło jej przyjaciół i przysłuchiwała się rozmowie.
- Czy przyznaje się pan do przynależności do zgrupowania  powszechnie nazywanego śmierciożercami?
- Tak.
- Czy działał pan w zgrupowaniu śmierciożerców przez ostatnie 3 lata?
- Tak.
- Czy brał pan udział w wojnie o Hogwart?
- Tak.
                           W tym momencie wstał Harry, który był świadkiem na rozprawie. Brunet wciąż żywił urazę do Lucjusza i jego rodziny, jednak był zobowiązany pomóc im po tym, co zrobiła dla niego Narcyza.
- Jako świadek chciałbym przedstawić pewne fakty. – Powiedział Harry, czym zaskoczył sędzię.
- Oczywiście, proszę.
- Lucjusz Malfoy i jego rodzina byli zwolennikami Lorda Voldemorta. Wykonywali jego rozkazy i byli mu posłuszni. Jednak jestem niemal pewien, że robili to ze strachu o swoich bliskich. Który rodzic nie zrobiłby wszystkiego, byle tylko ratować swoje dziecko? Lucjusz i jego żona Narcyza byli gotowi oddać życie, aby Draconowi nic się nie stało. Tak postępują troskliwi opiekunowie, mający na celu jedynie dobro. Wnoszę o uniewinnienie.
- Z całym szacunkiem – odezwała się sędzia – jednak to nie usprawiedliwia liczby ofiar, jakie torturował i zabijał Lucjusz Malfoy.
- Nie ma ludzi idealnych. Gdybym ja miał walczyć w imię większego dobra, zrobiłbym to samo. – Harry uparcie stał przy swoim.
                          Hermiona wysłuchiwała wszystkiego w milczeniu, a w jej głowie toczyła się mała wojna. Nie wiedziała, jakie zawrzeć stanowisko w tej sprawie. Jednak jedno spojrzenie szarych, błagających tęczówek Draco Malfoya przeważyło szalę.
- Mogę zabrać głos? – Zapytała niepewnie. Ron popatrzył na nią zdziwiony, jednak nie zareagował. – Draco Malfoy, to mój odwieczny wróg. Zawsze używał wobec mnie niestosownych słów, wykonywał niegrzeczne gesty. Nienawidzę go z całego serca. Jednak uważam, że nie jest aż tak przepełniony złem. Uczył się od ojca, który tępienie szlam i mugoli miał we krwi i przekazywał je dalej pod wpływem presji. Jednak wydaje mi się, że Lucjusz Malfoy nie był tyranem. Draconowi w dzieciństwie niczego nie brakowało, nie wyglądał na głodzonego czy bitego. Jako dziecko myślał, że idee ojca są słuszne. A kiedy Lucjusz pod czujną interwencją Narcyzy próbował to odkręcić, było za późno, Lord Voldemort odrodził się i terroryzował świat czarodziejów. Jestem przekonana, że gdyby nie rozwój zdarzeń, jaki miał miejsce kilka lat temu, rodzina Malfoyów byłaby jedną z najbardziej szanowanych w Wielkiej Brytanii i to bez wzglądu na przeszłość. Dlatego chciałabym wnieść o jak najbardziej łagodny wymiar kary.
                     Trójka Malfoyów popatrzyła na nią z niesamowitą wdzięcznością wypisaną na twarzy. W oczach Narcyzy kryły się łzy, Draco chwilę później spuścił głowę. Hermiona nie sądziła, że było ją stać na takie wyznanie, ale w głębi serca czuła, że to prawda.
- Po wysłuchaniu świadków sędzia ma słuszne dowody, by sądzić, że rodzina Malfoyów żałuje swojego postępowania. Zobowiązuje się Lucjusza Malfoya oraz Narcyzę Malfoy do zapłacenia kary w wysokości 50 000 galeonów na cele charytatywne, aczkolwiek ostatecznie wszyscy są uniewinnieni. Zamykam rozprawę. – Stuknięcie młotkiem zakończyło udręki rodziny, która padła sobie do ramion. Nawet Lucjusz nie krył łez. Hermiona też była wzruszona tą sceną, jednak nie czuła się tu już potrzebna. Niezauważona wymknęła się z Sali.
***
                Z rozmyślań wyrwał ją ten mały, słodki blondynek.
- Nie widziała pani mojego tatusia ? – W oczach chłopca kryły się łzy. Rozczulił tym Hermionę, która uwielbiała dzieci.
- Spokojnie maluchu, zaraz poszukamy twojego tatusia.  – Dziewczyna uśmiechnęła się pocieszająco i złapała go za rękę. W tym samym czasie ktoś wykrzykiwał imię.
- Andy! Andy! – Chłopczyk odwrócił się szybko na ten głos. Widać było na jego twarzy ulgę. Wysoki mężczyzna podbiegł do nich i chwycił malca w ramiona. – Andrew, nigdy nie rób mi takiego psikusa.
- Tatuś! – Chłopczyk rozpłakał się na dobre. Tymczasem jego opiekun popatrzył na Hermionę łagodnym wzrokiem.
- Nie wiem, jak pani dziękować. – Wdzięczność w jego głosie była wręcz namacalna.
- Nie ma sprawy. Na przyszłość proszę bardziej uważać na syna. – Hermiona uśmiechnęła się po czym odeszła.
                Nie uszła nawet 200 metrów, gdy znów usłyszała krzyk. A raczej pisk. Kobiecy pisk. 
~~ 
Cześć wszystkim! Pierwszy rozdział za nami. Co sądzicie? Jeśli macie jakieś uwagi, piszcie śmiało, jesteśmy otwarte na wszelką krytykę. I czekamy na pierwsze komentarze :) Przypominamy, że wersja dostępna także na wattpadzie.
Pozdrowionka xd
Niklaus & Azazel